w liceum miałam zdecydowanie lepszy w-f, niż w gimnazjum. w LO modliłam się o szóstki, w gimnazjum ledwo trójki i dwójki miałam, ponieważ właśnie mnie w-fistka strasznie nie lubiła bo nie umiałam grać w siatkówkę w ogóle :/ tak naprawdę załapałam siatkę jak zaczęłam ją intensywnie oglądać [poza meczami reprezentacyjnymi - które oglądałam od czasów IO w 2004, czyli właściwie przed gimnazjum jeszcze - zaczęłam wtedy oglądać ligę męską], bo nie chciała mi nawet wytłumaczyć jak mam odbijać
ale w jednym to mnie już miażdżyła babka od w-fu - popieprzona baba do potęgi n-tej, która kazała nam serwować tak, żeby piłka uderzyła w wyznaczony na nią kwadrat na boisku [np. w mieszczący się na drugim końcu boiska, przy samej linii outowej kwadrat wielkości 1x1 - NO COMMENT], bo inaczej z oceną z serwowania się spadało poniżej trójki :/ ło jezu a jak się nie trafiło dobrze w piłkę i ta leciała w bok albo piłka nie przeleciała przez siatkę to pała na starcie...
a lepiej było... całe życie miałam przesrane w klasie, między innymi dlatego że nie umiałam grać w siatkówkę... dlaczego? bo zwykle mnie obwiniano o to że drużyna przegrała - a przegrana drużyna musiała trzaskać 500 przysiadów [!!!!!!!] po meczu. a jak nie równo to od nowa
ja generalnie do nauczycieli urazów nie mam, chociaż mniej lub bardziej się z niektórymi nie lubiłam. jakbym miała wyznaczyć kilku nauczycieli których nienawidziłam przez te 9 lat i dalej nienawidzę, ona byłaby z pewnością na czołowych miejscach.
aż się sobie trochę dziwię, że dalej uwielbiam [przynajmniej oglądać] siatkówkę. wiele osób miałoby uraz do końca życia, nie tylko do tego sportu, ale i do całego w-fu