Kilka słów o Artifact, 20 i 21 V
R. Sulcas napisała dawno temu, w Dance Review, w recenzji Artifaktu, że ten balet jest majstersztykiem, który dowiódł, że można pojmowac W. Forsythe jako choreografa, wywierającego wpływ na taniec podobny do tego, jaki miał przed nim tylko Balanchine. I o ile jestem z natury przekorna i bardzo rzadko się zgadzam z opiniami innych, zwłaszcza, gdy chodzi o jakieś porównania czy odniesienia, to w tym przypadku myślę, że coś w tym jest.
Wydaje mi się, że miarą geniuszu Forsythe, czy raczej wypadałoby powiedziec - miarą jego zasług w historii tańca jest to, że on nie jest choreografem rzemieślnikiem, który pracuje narzędziami klasycznego baletu, składając układankę z figur klasycznych, zaopatrując ją w jakieś innowacje jak Ashton czy nawet odważę się powiedziec - jak Bejart ale bardziej działa jak rewolucjonista. Forsythe nie tyle układa, ile burzy i składa od początku, czyniąc zarówno z podstawowych figur, jak i z konstrukcji spektaklu, swoją własna, autorską i indywidualną jakośc.
Do tego sposób, w jaki kształtuje ruch i sposób, w jaki oddziaływa za pomocą środków poza ruchowych, wpływa na to, że mimo, że pracuje na surowym materiale bez ozdóbek, jest w stanie z samej materii ruchu wykroic obrazy psychodeliczne, jakby jakaś jakośc kosmiczną i przeszywającą i przenoszącą w inny wymiar. Posiłkuje się głosem, zabiegami z kurtyną itd ale to nie jest załatanie dziury po niedostatkach ukształtowania napięcia samym ruchem ale tylko jakieś dopełnienie, bo głównym bohaterem tym spektakli jest ruch, który sam w 90% buduje odbiór.
O ruchu Forsythe możnaby mówic w nieskończonosc. To co chyba jest najbardziej dla mnie ciekawe to to, że słownik ruchu Forsythe jest w sumie dośc jednorodny: tendu, rond de jambe, sklasyfikowane pozycje rąk i ogólnie mówiąc podstawowe figury, a w wydaniu Forsythowskim te podstawy stają się doskonałym narzędziem do stworzenia ruchu psychodelicznego. Sama nie wiem, co nadaje temu tańcu takiego wymiaru: czy zmiana w dynamice, czy ukształtowanie ruchu w zespole czy przejścia między figurami. Nie wiem. W każdym razie to wszystko łącznie z tekstami, muzyka, grą świateł itd sprawia, że te kardynalne figury zaczynają hipnotyzowac jak coś psychodelicznego. Powtarzanie, dynamika, ukształtowanie róznorodnosci, która okazuje sie jednościąi i zaskakujące zwroty kierunku w ruchu sprawiają, że człowiek patrzy na to, co na scenie, jak na coś kosmicznego, nie ziemskiego.
No i cos, co mnie osobiście bierze najbardziej u Forsythe to III częśc Artifactu, która wywraca i burzy obrazy I i II części, sieje zamęt i znosi zaczynającą się dawac przewidywac powtarzalnosc, rozburza cały obraz i I i II czesci w proch. III częśc jawi mi się jako taki atak nuklearny na częśc I i II po to, żeby w IV części poskładac to wszystko, co zostało zburzone i wydobyc dzięki temu głębię ruchu w IV części.
Po piątku powiedziałam, ze najlepsza jest III i IV częśc. Dziś nic juz nie wiem, bo jestem całkowicie jakaś rozstrojona tymi obrazami ale wydaje mi się, ze tego nie da sie tak oceniac, bo cały ten spektakl jest tak niesamowicie spójny, że każda częśc ma swoje ogromne znaczenie dla odbioru całości i nie da się tego selekcjonwac w kategoriach lepsza, gorsza.
Atutami sa również - doskonała muzyka i piękne pdd z tym, że ja z natury jestem człowiek, zorientowany na ruch pojedyńczy bardziej niz na pdd, więc mam specyficznie rozłożone akcenty....
XXI ŁÓDZKIE SPOTKANIA BALETOWE
[quote:ac4f114c92="Sagittaire"]Kilka słów o Artifact, 20 i 21 V
I o ile jestem z natury przekorna i bardzo rzadko się zgadzam z opiniami innych, zwłaszcza, gdy chodzi o jakieś porównania czy odniesienia, ....[/quote:ac4f114c92]
Tak, zauwazalem to w wielu postach , ktore zamieszczalas, ale to co napislas teraz,jest bardzo cenne, dla kogoś moze byc kontrowersyjne, ale sklaniajace do refleksji, do przemyslen, moje nie odbiegaja wiele od Twojego ogladu.
Bylem zachwycony, wielkie dzieki za drobna recenzje, a jeszcze wieksze, ze to, ze moglem zobaczyc w milym gronie.
I o ile jestem z natury przekorna i bardzo rzadko się zgadzam z opiniami innych, zwłaszcza, gdy chodzi o jakieś porównania czy odniesienia, ....[/quote:ac4f114c92]
Tak, zauwazalem to w wielu postach , ktore zamieszczalas, ale to co napislas teraz,jest bardzo cenne, dla kogoś moze byc kontrowersyjne, ale sklaniajace do refleksji, do przemyslen, moje nie odbiegaja wiele od Twojego ogladu.
Bylem zachwycony, wielkie dzieki za drobna recenzje, a jeszcze wieksze, ze to, ze moglem zobaczyc w milym gronie.
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
Eee czy takie cenne to nie wiem, bo ja piszę głównie z nadmiaru emocji niż z jakiejś pogłębionej analizy. Zwał jak zwał - w każdym razie Forsythe ma niesamowity język ruchu i teraz marzę tylko o zobaczeniu jeszcze Impressing the Czar w Belgii.
[size=9:17007513c3]Co do reszty, to wyświadczyłeś dobry uczynek dla kilku Warszawiaków :) istotnie miłych tak, że z pewnością miło było z nimi przepędzać podróży czas :)[/size:17007513c3]
[size=9:17007513c3]Co do reszty, to wyświadczyłeś dobry uczynek dla kilku Warszawiaków :) istotnie miłych tak, że z pewnością miło było z nimi przepędzać podróży czas :)[/size:17007513c3]
-
Joanna Bednarczyk
- Posty: 549
- Rejestracja: sob lut 26, 2005 2:03 pm
[quote:82f946cf8d="Sagittaire"]Kilka słów o Artifact, 20 i 21 V
Wydaje mi się, że miarą geniuszu Forsythe, czy raczej wypadałoby powiedziec - miarą jego zasług w historii tańca jest to, że on nie jest choreografem rzemieślnikiem, który pracuje narzędziami klasycznego baletu, składając układankę z figur klasycznych, zaopatrując ją w jakieś innowacje jak Ashton czy nawet odważę się powiedziec - jak Bejart ale bardziej działa jak rewolucjonista. Forsythe nie tyle układa, ile burzy i składa od początku, czyniąc zarówno z podstawowych ....[/quote:82f946cf8d]
Nie wiem czy to kwestia odwagi - samo widzenie różnic między różnymi twórcami :wink: . Oczywiste jest że Ashton, Bejart i Forsythe to twórcy obdarzeni inna wyobraznia kinetyczną, i stawiający tej sztuce inne zadania aczkolwiek Ashtona do Bejarta bym nie porównywała bo to jednak tez inne myslenie o tańcu i generalnie o spektalku baletowym. Z pojęciem "rzemieślnika" i "autora" w sztuce tez trzeba uważać zeby nie otrzeć się o powierzchowne rozumienie tych pojęc , a juz na pewno "autor" nie jest tożsamy czy wymienny z pojęciem "rewolucjonisty" :wink: . Z reszta nie każdy choreograf chce, może czy musi byc "rewolucjonistą" (juz pomijam że samo pojęcie jest swoistym fetyszem nowoczesności ale też może dotyczyc róznych aspektów dzieła nie tylko samej techniki czy stylu tańca i każde czasy maja swoje mniejsze lub większe rewolucje) wystarczy ze w tym co tworzy udaje mu sie stworzyć coś oryginalego i charakterystycznego dla siebie to jest równiez wielka wartość. Forsythe znakomicie wyczuł swoje czasy i przeniósł na balet mysl postmodernistyczną i zagadnienia strukturalistyczne, dekonstrukcyjne ale jednoczesnie nie jest to suche, nudne teoretyzowanie w tańcu o tańcu.
Wydaje mi się, że miarą geniuszu Forsythe, czy raczej wypadałoby powiedziec - miarą jego zasług w historii tańca jest to, że on nie jest choreografem rzemieślnikiem, który pracuje narzędziami klasycznego baletu, składając układankę z figur klasycznych, zaopatrując ją w jakieś innowacje jak Ashton czy nawet odważę się powiedziec - jak Bejart ale bardziej działa jak rewolucjonista. Forsythe nie tyle układa, ile burzy i składa od początku, czyniąc zarówno z podstawowych ....[/quote:82f946cf8d]
Nie wiem czy to kwestia odwagi - samo widzenie różnic między różnymi twórcami :wink: . Oczywiste jest że Ashton, Bejart i Forsythe to twórcy obdarzeni inna wyobraznia kinetyczną, i stawiający tej sztuce inne zadania aczkolwiek Ashtona do Bejarta bym nie porównywała bo to jednak tez inne myslenie o tańcu i generalnie o spektalku baletowym. Z pojęciem "rzemieślnika" i "autora" w sztuce tez trzeba uważać zeby nie otrzeć się o powierzchowne rozumienie tych pojęc , a juz na pewno "autor" nie jest tożsamy czy wymienny z pojęciem "rewolucjonisty" :wink: . Z reszta nie każdy choreograf chce, może czy musi byc "rewolucjonistą" (juz pomijam że samo pojęcie jest swoistym fetyszem nowoczesności ale też może dotyczyc róznych aspektów dzieła nie tylko samej techniki czy stylu tańca i każde czasy maja swoje mniejsze lub większe rewolucje) wystarczy ze w tym co tworzy udaje mu sie stworzyć coś oryginalego i charakterystycznego dla siebie to jest równiez wielka wartość. Forsythe znakomicie wyczuł swoje czasy i przeniósł na balet mysl postmodernistyczną i zagadnienia strukturalistyczne, dekonstrukcyjne ale jednoczesnie nie jest to suche, nudne teoretyzowanie w tańcu o tańcu.
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
Oczywiście nie chciałam przez to powiedzieć, że każdy musi mieć tę samą wyobraźnię, stawiać sztuce te same zadania, czy mieć podejście umownie nazwijmy - rewolucyjne. Bardziej chodziło mi o to, że Forsythe ma wizję jaką ma i to go wyróżnia. Nie na zasadzie, ze tak się powinno czy nie, bo to nie w tym rzecz, choć może w mojej wypowiedzi taka nuta zadźwięczała przez to, że widać w tym, co mówię fascynację.
Ashton i Bejart to dwa odmienne podejścia do tańca i przedstawienia go. Nie chodziło mi o porównywanie ich ale o postawienie ich obu, różniących się od siebie, w opozycji jakiejś do Forsythe. Chodziło mi o zilustrowanie inności Forsythe i tego, co wychodzi spod jego palców od innych wybitnych. Bu tu jest jakaś dla mnie porażająca inność, która mi osobiście bardzo odpowiada.
[quote:c5a7895985="Joanna Bednarczyk"] Forsythe genialnie wyczuł swoje czasy i przeniósł na balet mysl postmodernistyczną i zagadnienia strukturalistyczne, dekonstrukcyjne ale jednoczesnie nie jest to suche, nudne teoretyzowanie w tańcu o tańcu.[/quote:c5a7895985]
To jest bardzo trafne zdanie, musze sobie je zapamiętać. Z tym, że myślę sobie, odnośnie tych swoich czasów, że spektakle takie jak Artifact odrywają się od swoich czasów i tego, co mogło być czy było posiewem dla zamysłu o nich, stając się jakością przewyższającą to, z czego wyrosły.
Na marginesie : szkoda, że tak mało osób było na spotkaniu w saloniku. Niepowtarzalna okazja, żeby zbliżyć się nieco do spektaklu, a wiele osób wybrało bankiet na dole.
Ashton i Bejart to dwa odmienne podejścia do tańca i przedstawienia go. Nie chodziło mi o porównywanie ich ale o postawienie ich obu, różniących się od siebie, w opozycji jakiejś do Forsythe. Chodziło mi o zilustrowanie inności Forsythe i tego, co wychodzi spod jego palców od innych wybitnych. Bu tu jest jakaś dla mnie porażająca inność, która mi osobiście bardzo odpowiada.
[quote:c5a7895985="Joanna Bednarczyk"] Forsythe genialnie wyczuł swoje czasy i przeniósł na balet mysl postmodernistyczną i zagadnienia strukturalistyczne, dekonstrukcyjne ale jednoczesnie nie jest to suche, nudne teoretyzowanie w tańcu o tańcu.[/quote:c5a7895985]
To jest bardzo trafne zdanie, musze sobie je zapamiętać. Z tym, że myślę sobie, odnośnie tych swoich czasów, że spektakle takie jak Artifact odrywają się od swoich czasów i tego, co mogło być czy było posiewem dla zamysłu o nich, stając się jakością przewyższającą to, z czego wyrosły.
Na marginesie : szkoda, że tak mało osób było na spotkaniu w saloniku. Niepowtarzalna okazja, żeby zbliżyć się nieco do spektaklu, a wiele osób wybrało bankiet na dole.
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
Teatro Alla Scala, Klejnoty 4 i 5 czerwca 2011 roku:
Było przecudownie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy na obydwa spektakle, to wydaje mi się, że drugiego dnia chyba bardziej mnie ujął włoski zespół (S. Rosolini, corps itd) ale pierwszego dnia Somova była na tyle zjawiska, że przeważyła wszystko.
Dziwne, bo nigdy nie byłam szczególną fanką Somovej i zawsze uważałam, że Somova odstaje od Vishnevy, Lopatkiny, czy nawet Tereshkiny, czy nawet mocno niedocenionej w Marince Obraztsovej na tyle, że jej pozycja w zespole wydawała mi się pomyłką. Ale to myśli sprzed ilus dni, bo wczoraj była przecudowna. Diamenty z nia były najlepsze, jakie widziałąm, a musze dodac, ze do niedawna całe Klejnoty paryskie, to była dla mnie świetosc nie do pobicia.
Ze szczegółów, to wczoraj rozmawiałam o tym i rzeczywiście trochę dziwnie Somova rozkładała dłonie Somova ale jak się przyjrzałam temu dokładnie i wydaje mi się, że to robiły wszystkie włoskie tancerki w Diamentach (począwszy od M. Garritano po cały zespół), więc nie wiem czy to nie kwestia zespołu i oczekiwań.
Dla zrównoważenia Somovej wydaje mi się, że drugiego dnia chyba w Diamentach Eris Nazha wypadł lepiej niz parner Somovej dzien wczesniej -G. Corrado.
Rubiny to, w mojej ocenie, najsłabsze ogniwo spektaklu. Rubiny w wersji opery francuskiej zdecydowanie bija o głowę włoskie. Aurélie Dupont i Alessio Carbone sa niezwyciężeni w w nich. Co prawda ten Antonio Sutera bardzo był uroczy i miał ruch, jaki sobie bardzo osobiście cenię, właściwy dla niskich, szczupłych tancerzy ale dziś całkiem pogubił się pod koniec partnerowania i troche technicznie był daleko od ideału, a tam jak technika zawala choc odrobinę, to traci cały efekt.
W Rubinach za to znalazła sie 1 perła - tzn drugiego dnia zachwyciła mnie Sofia Rosolini. Była przecudowna. Nie licząc Somovej dzien wczensiej, to ona była druga, która mnie powaliła. Cudnie rozciągnięta i pewna siebie. Bawiła sie tą choreografią i jej to wychodziło, bo technikę miała świetną i bezbłędną. Tak wiec pierwszego dnia Somova, drugiego Rosolini, choc Somova byla zdecydowanie najwieszym atutem zespolu wloskiego.
Zespół cudowny w kazdej z 3 części - równiutko, fantastycznie.
Było przecudownie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy na obydwa spektakle, to wydaje mi się, że drugiego dnia chyba bardziej mnie ujął włoski zespół (S. Rosolini, corps itd) ale pierwszego dnia Somova była na tyle zjawiska, że przeważyła wszystko.
Dziwne, bo nigdy nie byłam szczególną fanką Somovej i zawsze uważałam, że Somova odstaje od Vishnevy, Lopatkiny, czy nawet Tereshkiny, czy nawet mocno niedocenionej w Marince Obraztsovej na tyle, że jej pozycja w zespole wydawała mi się pomyłką. Ale to myśli sprzed ilus dni, bo wczoraj była przecudowna. Diamenty z nia były najlepsze, jakie widziałąm, a musze dodac, ze do niedawna całe Klejnoty paryskie, to była dla mnie świetosc nie do pobicia.
Ze szczegółów, to wczoraj rozmawiałam o tym i rzeczywiście trochę dziwnie Somova rozkładała dłonie Somova ale jak się przyjrzałam temu dokładnie i wydaje mi się, że to robiły wszystkie włoskie tancerki w Diamentach (począwszy od M. Garritano po cały zespół), więc nie wiem czy to nie kwestia zespołu i oczekiwań.
Dla zrównoważenia Somovej wydaje mi się, że drugiego dnia chyba w Diamentach Eris Nazha wypadł lepiej niz parner Somovej dzien wczesniej -G. Corrado.
Rubiny to, w mojej ocenie, najsłabsze ogniwo spektaklu. Rubiny w wersji opery francuskiej zdecydowanie bija o głowę włoskie. Aurélie Dupont i Alessio Carbone sa niezwyciężeni w w nich. Co prawda ten Antonio Sutera bardzo był uroczy i miał ruch, jaki sobie bardzo osobiście cenię, właściwy dla niskich, szczupłych tancerzy ale dziś całkiem pogubił się pod koniec partnerowania i troche technicznie był daleko od ideału, a tam jak technika zawala choc odrobinę, to traci cały efekt.
W Rubinach za to znalazła sie 1 perła - tzn drugiego dnia zachwyciła mnie Sofia Rosolini. Była przecudowna. Nie licząc Somovej dzien wczensiej, to ona była druga, która mnie powaliła. Cudnie rozciągnięta i pewna siebie. Bawiła sie tą choreografią i jej to wychodziło, bo technikę miała świetną i bezbłędną. Tak wiec pierwszego dnia Somova, drugiego Rosolini, choc Somova byla zdecydowanie najwieszym atutem zespolu wloskiego.
Zespół cudowny w kazdej z 3 części - równiutko, fantastycznie.
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
Nie wiedziałam, gdzie to umieścic, a ponieważ zespół Royal Ballet of Flanders nie ma swojego tematu, a w tematach ogólnych wszystko ginie, to na bazie wspomnien z ŁSB zamieszczam tutaj - cudny, ślicznie zrobiony, krótki filmik pt kocham taniec :)
http://www.youtube.com/watch?v=zlpokzqzQsE&feature=share
http://www.youtube.com/watch?v=zlpokzqzQsE&feature=share