Strona 3 z 8
: sob lut 04, 2006 11:37 am
autor: Pati_jazzy
Ja lubię w tańcu nowoczesnym, jak nauczyciel pokazuje ruchy, mówi, jak mamy je wykonać,a nie tylko siedzi na krzesełku i bez śladu emocji poprawia uczennice...
Jeśli chodzi o klasykę, to lubię, jak ktoś jest wymagający, ale nie do przesady. Nigdy bym nie zniosła np. takich nauczycieli,którzy by mnie poniżali albo stosowali, że się tak wyrażę "motywację fizyczną", tzn. jakieś przypalanie czy nakłuwanie. To by do mnie nie trafiło, wolę, jak nauczyciel spokojnie wyjaśni, o co mu chodzi i co uczennica źle robi.
: sob lut 04, 2006 12:20 pm
autor: Marysia W
Wytłumaczenie polega na tym, że zamiast powiedzieć "Jakie ty masz okropne plie!" i odejść, powiedzieć "Masz problem z plie. Spróbuj usiąść głębiej, a nogi trochę bardziej skierować na zewnatrz". Pan Andrzej Morawiec i Wiktoria Morawiec uczą w mojej szkole- nie uczą mnie, ale słyszałam o nich dużo dobrego... :P
: sob lut 04, 2006 12:46 pm
autor: .:Odylia:.
o właśnie -to jeden z głównych zarzutów do panstwowki w ktorej bylam-tam(a byl to poznan) kobitka przez bite 90 minut siedziala na stolku i stamtad raz na jakis czas rzucala uwage-do kogo?oczywiscie do ktorejs z pupilek...
: sob lut 04, 2006 1:05 pm
autor: Nefretete
no tak juz jest. czesto widze lekcje w OSB - i tak to własnie wygląda - pani siedzi i patrzy a dziewczynki tanczą. czy to norma w baletówkach?
: sob lut 04, 2006 4:03 pm
autor: Pati_jazzy
Nie wiem, nigdy nie byłam w OSB. W mojej szkole nauczyciele chodzą i poprawiają dziewczyny podczas ćwiczeń. Żaden uczący nie siedzi z założonymi rękami, tylko pomaga i mówi, co mamy poprawić. Ale ja chodzę do płatnej szkoły baletowej. :D
: sob lut 04, 2006 4:08 pm
autor: Marysia W
Nie, to nie jest tak, że "sobie siedzi z założonymi rękami". Przynajmniej nie w mojej szkole, i nie u pani Karpuchiny. Wydaję mi się, że od tego poprawiania to męczy się tak samo jak my... :roll: Ale nigdy nie siada sobie, i nie krzyczy poleceń z odległego kąta sali.
: sob lut 04, 2006 4:25 pm
autor: Joanna
Nie jestem w SB, ale mnie się wydaje, że to zalezy od klasy, materiału, który się w danej chwili przerabia... Wiadomo, że na początku trzeba dane ćwiczenie pokazać, a jesli chodzi o najmłodsze dzieci, to u nich dużą rolę odgrywa właśnie naśladowanie nauczyciela. Ale potem często wystarczy powiedzieć, co ma się zrobić, czy ewentualnie zamarkować ćwiczenie, i wszyscy wiedzą, co mają zrobić... I wtedy pedagog może sobie siedzieć na krzesełku...
Bo co to za filozofia zeby zrobić np. dwa echappe, a potem dwa sissony [size=9:b7c2b577b9](to tylko przykład, proszę mnie nie strofowac, jesli nietrafiony, bo ja się nie znam :) ), [/size:b7c2b577b9]jak się to robi od codziennie? Po co wtedy ma skakać jeszcze pedagog? Lepiej, żeby skupił się na uczniach, a nie na swoich krokach.
Co innego na współczesnym, kiedy tam często na bieżąco wymyśla się choreografie, i ma tak sztywnych reguł, ale w klasyce, jak sie codziennie przez kilka lat staje do drążka, i cały czas pilnuje tych samych zasad... Więc np. to, że na współczesnym pedagog cały czas sam pokazuje, to akurat norma - tutaj liczy się inna jakość ruchu niż w klasyce, trzeba na bieżąco tłumaczyć, co ma się zdarzyć w danym momencie (bo każda kombinacja jest inna, nie ma stałego 'zestawu' kroków).
: sob lut 04, 2006 9:29 pm
autor: Gość
U mnie jest duży przekrój - od niewstających do niesiadających. Np. moja aktualna nauczycielka baletu właściwie nie siada, pokazuje wszystkie ćwiczenia, a w trakcie chodzi i poprawia. Ale też zdarzają się tacy, które tylko siedzą, dyktują i w trakcie nic nie mówią.
A na modernie to chyba nie ma wyboru - kiedyś nauczycilka (w ramach eksperymentu) zaczęła nam z rzesełka dyktować ćwiczenie. Chyba trzy kroki konkretyzowaliśmy przez ok. 5 minut.
: sob lut 04, 2006 9:41 pm
autor: czekoladka
jak Pan Galiński ktory teraz jest w komisji "taniec z gwiazdami" ukladal nam spektakl "być albo brać" to wogole nie mial szacunku do dziewczyn nawet nie powiem jak je ponizal ale szkoda gadac to bylo straszne jak by wogole nie mial szacunku do dziewczyn tnz nie mial
: sob kwie 15, 2006 4:52 pm
autor: sisi
post wydzielony z wątku o skzole na łąkowej:
[quote:32ea4cf899="Piotr Malaga"]Tylko że teraz nasza dyskusja zaczyna dotyczyć nie tylko szkoły na ul. Łąkowej a spraw ogólniejszych - roli nauczyciela, roli szkoły baletowej, ogólnych celów pedagogicznych itd. Może więc warto przenieść te wypowiedzi do stosownego wątku - do decyzji moderatorów.
Pod listem Wieszczki podpisałbym się jedną i drugą ręką. To wszystko prawda, podba mi się - dzięki za tą wypowiedź! Ale też w tej wypowiedzi jest pewien idealizm, nieco uogólnień a wręcz pretensji (choć ich adresata niektórzy możemy się tylko domyślać) Pozwólcie więc, że sprowokuję dalsze opinie formułując kilka pytań.
W szkole która jest dla dzieci, nauczyciele poświęcają swój czas, wiedzę, umiejętności i ambicje dzieciom. Wszyscy zapewne zgodzą się z tym, że nauczyciel który realizuje swoje osobiste cele kosztem ucziów jest złym pedagogiem. Jak się Wam jednak wydaje - czy lepszym nauczycielem będzie ten u którego takie poświęcenie oznacza ciągłe wyrzekanie się i rezygnowanie z własnych celów i który ciągle cierpi z tego powodu, czy może ten, który przy okazji oddawania się uczniom sam też się spełnia i realizuje również swoje własne ambicje - ale nigdy kosztem uczniów? Który z nich będzie miał lepsze efekty? Czy znacie może takich pedagogów (nie chodzi rzecz jasna o nazwiska)?
Co dokłądnie masz na myśli Wieszczko pisząc o traktowaniu dzieci jak śmieci?
Czy "szkoła dla uczniów" oznacza, że uczniowie zawsze dobrze się w niej czują? Zawsze wszystko jest po ich myśli i robione pod ich dyktando? (postawa płacę to wymagam)? Czy zdarzają się sytuacje, w których uczeń chciałby postąpić w określony sposób, ale pedagog wie, że to na dłuższą metę przyniesie mu szkodę a uczeń tego nie rozumie? Znacie takie sytuacje? Ideałem byłoby porozmawiać z uczniem, aby zrozumiał punkt widzenia nauczyciela. Ale czasami jest to niemożliwe, ponieważ uczeń nie ma takiego doświadczenia albo brakuje czasu na dyskusję a decyzję trzeba podjąć szybko.
A może znacie sytuacje, kiedy uczeń czegoś zaniedba albo po prostu mu się nie chce?
Jak powinien wtedy postąpić pedagog? Czy jeżeli postąpi wbrew woli ucznia i sprawi uczniowi przykrość - to znaczy że go nie szanuje, traktuje jak śmiecia? Czy zdarzyło się Wam kiedyś, że ktoś o dużo większym doświadczeniu (np. rodzic gdy byliście dzieckiem) zmusił Was w dobrej wierze do czegoś wbrew waszym marzeniom, wyobrażeniom - cierpieliście, ale potem byliście mu wdzięczni bo po czasie wyszło że miał rację? Czy są na to recepty które działają w każdej sytuacji, czy może jest z tym różnie?
Zapewne wiemy, że podobne konflikty występują też w świecie dorosłych - np. pracownikowi nie pasuje polecenie szefa, rady doświadczonych pracowników nie są brane pod uwagę przez młodszych itp. Czy można określić, kiedy jest to brak szacunku, traktowanie jak gówniarza? To dotyczy większości dziedzin życia a nie tylko pedagogiki baletu Czy byliście świadkami takich konfliktów, może macie jakieś doświadczenia w ich łagodzeniu, rozwiązywaniu, znajdowaniu wspólnego stanowiska?[/quote:32ea4cf899]