Nie wiem co sądzić o świeżym łódzkim „Don Kichocie”. Milczy o nim Kasia G., której ufam (nawet kiedy się z nią czasem nie zgadzam), a to co chwytam w internecie – bardzo niejednoznaczne. Począwszy od realizacji choreograficznej niejakiego Alexandra Polubentseva, podobno wg Petipy. Ale cóż to za Petipa, skoro nie ma kluczowej (dla jego stylu i tej choreografii) sceny „Snu”, czyli tzw. aktu Driad. Choreograf Polubentsev dał już zresztą przed laty w Operze Bałtyckiej spektakl „Intrygi Amora czyli Don Kichot”, nie najlepiej wówczas w Gdańsku oceniany. Czy więc w Łodzi powtórzył tamtą nieudaną produkcję, czy może ujawnił nowe podejście twórcze?
Recenzja w „Dzienniku Łódzkim” bardzo życzliwa i raczej bezkrytyczna: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/1029287,recenzja-don-kichot-w-teatrze-wielkim-w-lodzi,id,t.html ale już komentarze do niej (poniżej tekstu) zgoła inne. A dziś czytam w papierowej „Angorze” felieton byłego dyr. łódzkiego TW, p. Pietrasa, który mnie zadziwia. Potwierdza brak „Snu” i chwali to, zamiast ganić chodzenie na łatwiznę. Jako wiodące role spektaklu opisuje „rozbudowane partie” Espady i Mercedes, a w nich: „rewelacyjnego” jakoby kierownika łódzkiego zespołu i „nieustępującą” mu „jego młodą żonę”. Skoro tak, to myślę sobie, że osobliwy to ukłon choreografa wobec szefostwa zespołu, ale

zdradziecki wobec libretta Mariusa Petipy. I pachnie mi to nieco zwykłym

nepotyzmem. Dowiaduję się także, że ktoś był „świetny”, a ktoś inny nawet „doskonały”. Na koniec zaś, że byli też (o dziwo!) Kitri i Basilio, którzy tańczyli wręcz „na światowym poziomie”. Z cytowanych przymiotników wnioskuję, że ogólny poziom łódzkiego zespołu jest teraz porównywalny z Maryjskim i Bolszom. Pogratulować! Niepotrzebny jest tylko jakiś szwendający się po scenie Amor, który urósł chyba do głównej roli – zapewne jako wkład autorski kreatywnego choreografa do petipowskiej tradycji. Najwyraźniej został przeszczepiony na łódzką scenę z niechlubnego gdańskiego przedstawienia, gdzie był nawet postacią tytułową.
Ale generalnie z obu tekstów wynika, że oto w Łodzi dokonał się baletowy

cud mniemany. Jeśli jest w tym trochę prawdy, wypada się cieszyć, bo czekaliśmy stamtąd na jakieś dobre wieści po wieloletniej baletowej posusze. Kiedy się jednak głębiej zastanowię na tymi dwiema relacjami, to mam pewne wątpliwości jak było naprawdę. Może więc ktoś z Was podzieli się tu z nami bardziej wiarygodną opinią. Bo czegóż to dzisiaj 8) różni ludzie nie wypisują po gazetach...
A tak na marginesie, zdumiewa mnie w felietonie p. Pietrasa jakaś niewiarygodna niechęć autora do tancerzy innych ras i narodowości, a zwłaszcza do artystów z krajów azjatyckich. Jak zwykle smaga ich biczem kpiny i ironii. Takie przytyki przestają już śmieszyć, a pozostawiają we mnie głęboki niesmak. Sam nie wiem, czy to jeszcze „radiomaryjna” ksenofobia, czy już początki zawstydzającego rasizmu, Panie Dyrektorze? Tak czy inaczej, czas chyba na refleksję.