Polski Balet Narodowy sezon 2012-13
No właśnie. Ja zaczynam wątpić nawet w istnienie baletomanów w naszym kraju. Częściej zauważam szmiromanów, polujących na papugę z Mazur, dziewoję z Herbusiów, czy mazaraków (coś tak?) wszelkiego rodzaju. Smutek. Ale ci, co przyszli na te "Echa" mają wielką frajdę i dają temu wyraz owacjami, oj tak.
-
venus-in-furs
- Posty: 660
- Rejestracja: wt lip 27, 2010 10:58 am
Właśnie wróciłam z "Ech", ale trudno mi się wypowiedzieć o całości, bo przez cały czas moją wyłączną uwagę zajęła Yuka Ebihara i umknęło mi przez to wiele subtelności ;)
Ogromnie się cieszę z powrotu Aleksandry Liaszenko, tęskniłam!
I szkoda, że nie zobaczyłam Adama Kozala w Moving Rooms - jedyny dzień, w którym został zastąpiony to oczywiście jedyny, w którym ja się wyrobiłam na spektakl, takie już moje szczęście.
Jestem absolutnie zachwycona Artifact Suite, ale momentem, który zapadł mi w pamięć najbardziej, jest duet Marii Żuk i Vladimira Yaroshenki w Moving Rooms. Coś wspaniałego. Estetyka lekko nawiązująca do tanga bardzo przypadła mi do gustu.
Ogromnie się cieszę z powrotu Aleksandry Liaszenko, tęskniłam!
I szkoda, że nie zobaczyłam Adama Kozala w Moving Rooms - jedyny dzień, w którym został zastąpiony to oczywiście jedyny, w którym ja się wyrobiłam na spektakl, takie już moje szczęście.
Jestem absolutnie zachwycona Artifact Suite, ale momentem, który zapadł mi w pamięć najbardziej, jest duet Marii Żuk i Vladimira Yaroshenki w Moving Rooms. Coś wspaniałego. Estetyka lekko nawiązująca do tanga bardzo przypadła mi do gustu.
Ja rowniez mialam przyjemnosc ogladac 'Echa czasu' ale w nieco okrojonej formie.(Bylam fotografem na probie dla mediow) i jedyne czego nie widzialam to Forsythe'a. 'Century rolls' wnie zrobilo na mnie zbytniegi wrazenia. Choreografia byla lekka, latwa i przyjemna, niezbyt porywajaca,miejscaki przeslodzona... ale to oczywiscie moje zdanie i mowie tu o.choreografii a nie o wykonaniu tancerzy, ktorzy oczywiscie byli bardzo dobrzy.
Natomiast jestem totalnie zafascynowana 'mowing rooms' Pastora! Genialne pomysly, lekko psychodeliczna muzyka, odrobina narracji... a do tego lekko mroczny klimat. ;) Najbardziej mi sie podobalo jak tancerze stali w grupie i wykonywali takie drobne gesty jakby wyciagajac sie w strone swiatla... widzialam cos podobnego u Ohada Naharina i ja uwielbiam takie zabiegi! Uwiepbiam tez duet Adama Kozala z Aneta cos pieknego! Swietnie przeplatajace sie dwa ciala i ta muzyka...! No i Carlos... ja nie wiem co jest w tym tancerzu ze za kazdym razem jak wychodzi na scene to mysle sobie 'on jest genialny!'.
A co sadzicie o Magdzie Ciechowicz w Artifact Suite? Bardzo lubie ta tancerke i troche jestm zdziwiona ze nikt o niej slowem nie wspomni a przeciez miala partie solowa i ogolem jest przeciez I solistka PBN...
Natomiast jestem totalnie zafascynowana 'mowing rooms' Pastora! Genialne pomysly, lekko psychodeliczna muzyka, odrobina narracji... a do tego lekko mroczny klimat. ;) Najbardziej mi sie podobalo jak tancerze stali w grupie i wykonywali takie drobne gesty jakby wyciagajac sie w strone swiatla... widzialam cos podobnego u Ohada Naharina i ja uwielbiam takie zabiegi! Uwiepbiam tez duet Adama Kozala z Aneta cos pieknego! Swietnie przeplatajace sie dwa ciala i ta muzyka...! No i Carlos... ja nie wiem co jest w tym tancerzu ze za kazdym razem jak wychodzi na scene to mysle sobie 'on jest genialny!'.
A co sadzicie o Magdzie Ciechowicz w Artifact Suite? Bardzo lubie ta tancerke i troche jestm zdziwiona ze nikt o niej slowem nie wspomni a przeciez miala partie solowa i ogolem jest przeciez I solistka PBN...
[quote:05d394e1fb="venus-in-furs"]Właśnie wróciłam z "Ech" (...) przez cały czas moją wyłączną uwagę zajęła Yuka Ebihara (...) ale momentem, który zapadł mi w pamięć najbardziej, jest duet Marii Żuk i Vladimira Yaroshenki w Moving Rooms. Coś wspaniałego.[/quote:05d394e1fb]
Venus, czekam teraz na Twoje refleksje „kredensowe”. Rozumiem Twój zachwyt, bo Yuka Ebihara to czyste piękno i radość tańca, ona po prostu cała jest Tańcem. Więc niech nam tańczy jak najczęściej (to także moja faworytka). Ale dostrzegłaś jednak i Marię Żuk, i Vladimira Yaroshenkę, więc tym bardziej interesują mnie Twoje poszerzone i pogłębione wrażenia... Wiesz już pewnie jak ich cenię.
Venus, czekam teraz na Twoje refleksje „kredensowe”. Rozumiem Twój zachwyt, bo Yuka Ebihara to czyste piękno i radość tańca, ona po prostu cała jest Tańcem. Więc niech nam tańczy jak najczęściej (to także moja faworytka). Ale dostrzegłaś jednak i Marię Żuk, i Vladimira Yaroshenkę, więc tym bardziej interesują mnie Twoje poszerzone i pogłębione wrażenia... Wiesz już pewnie jak ich cenię.
Chciałbym dorzucić parę słów na temat czwartkowego przedstawienia.
Pierwsza część nie zachwyciła mnie. Wydaję się, że brytyjski choreograf jedynie poprawnie odrobił pracę domową. Układy taneczne, zwłaszcza te zespołowe, były dość wtórne. Całość ratowało niezwykłe zaangażowanie tancerzy. Podobała mi się zwłaszcza Yuka Ebihara, której wróżę szybki awans w hierarchii PBN. Scenografia była nastrojowa, choć może nieco nazbyt ilustracyjna, wręcz "łopatologiczna", że też tak się wyrażę.
Druga część (Moving Rooms) to dynamiczna, zrobiona z niezwykłą wyobraźnią rzecz. Świetna była zwłaszcza gra świateł. Z tancerzy wyróżniłbym Pereza, który doskonale wcielił się w rolę skrojoną dla Pronka.
Prawdziwym objawieniem była dla mnie trzecia część, czyli legendarna Artifact Suite. Tylko najwięksi artyści potrafią na pustej scenie, nie kryjąc się za scenografią, stworzyć widowisko totalne. Takim artystą bez wątpienia jest William Forsythe. Cały zespół doskonale wszedł w jego stylistykę, tak jakby tańczył go od zawsze. Przy tak skomplikowanej choreografii, wymagającej niezwykłej precyzji, pamięci ruchowej, nie zauważyłem ani jednego błędu. Na żadnym przedstawieniu nie przeżyłem takich emocji jak podczas finałowej sceny Artifact Suite.
Tak więc, wydaję mi się, że niedługo Warszawa będzie bardziej znana z baletu, niż z opery, tak jak Amsterdam. To niezwykłe, że dyrektor Pastor potrafił w trzy lata stworzyć światowy zespół. A trzeba pamiętać od czego zaczynał. Choć nie, może lepiej zapomnieć o katastrofalnym Panu Twardowskim Klauznera. Dla mnie Echa czasu to takie symboliczne zwieńczenie kreacji PBN.
Pierwsza część nie zachwyciła mnie. Wydaję się, że brytyjski choreograf jedynie poprawnie odrobił pracę domową. Układy taneczne, zwłaszcza te zespołowe, były dość wtórne. Całość ratowało niezwykłe zaangażowanie tancerzy. Podobała mi się zwłaszcza Yuka Ebihara, której wróżę szybki awans w hierarchii PBN. Scenografia była nastrojowa, choć może nieco nazbyt ilustracyjna, wręcz "łopatologiczna", że też tak się wyrażę.
Druga część (Moving Rooms) to dynamiczna, zrobiona z niezwykłą wyobraźnią rzecz. Świetna była zwłaszcza gra świateł. Z tancerzy wyróżniłbym Pereza, który doskonale wcielił się w rolę skrojoną dla Pronka.
Prawdziwym objawieniem była dla mnie trzecia część, czyli legendarna Artifact Suite. Tylko najwięksi artyści potrafią na pustej scenie, nie kryjąc się za scenografią, stworzyć widowisko totalne. Takim artystą bez wątpienia jest William Forsythe. Cały zespół doskonale wszedł w jego stylistykę, tak jakby tańczył go od zawsze. Przy tak skomplikowanej choreografii, wymagającej niezwykłej precyzji, pamięci ruchowej, nie zauważyłem ani jednego błędu. Na żadnym przedstawieniu nie przeżyłem takich emocji jak podczas finałowej sceny Artifact Suite.
Tak więc, wydaję mi się, że niedługo Warszawa będzie bardziej znana z baletu, niż z opery, tak jak Amsterdam. To niezwykłe, że dyrektor Pastor potrafił w trzy lata stworzyć światowy zespół. A trzeba pamiętać od czego zaczynał. Choć nie, może lepiej zapomnieć o katastrofalnym Panu Twardowskim Klauznera. Dla mnie Echa czasu to takie symboliczne zwieńczenie kreacji PBN.
Niesamowita ta relacja po ostatniej premierze na stronie "New York Timesa", wrzucona wyżej przez Kasię. A Ty masz rację Wojtku, że "Echa czasu" po trzech latach dyrekcji Pastora "to takie symboliczne zwieńczenie kreacji PBN", choć oni tam w Nowym Jorku sugerują chyba, że to nowy początek w polskim balecie. Myślę, że obie opinie nie są pozbawione podstaw, każda z nieco innego punktu widzenia. Oby tak dalej!
-
venus-in-furs
- Posty: 660
- Rejestracja: wt lip 27, 2010 10:58 am
[quote:466aa3be6f="Ali"]
Venus, czekam teraz na Twoje refleksje „kredensowe”. [/quote:466aa3be6f]
Miało nie być, ale poczułam się zachęcona :mrgreen:
[quote:466aa3be6f="Ali"]
Wiesz już pewnie jak ich cenię.[/quote:466aa3be6f]
Oczywiście, trudno nie zauważyć :wink:
[quote:466aa3be6f="Wojtek"]
Wydaję się, że brytyjski choreograf jedynie poprawnie odrobił pracę domową.[/quote:466aa3be6f]
Tak, jestem tego samego zdania, doskonale ujęte.
Venus, czekam teraz na Twoje refleksje „kredensowe”. [/quote:466aa3be6f]
Miało nie być, ale poczułam się zachęcona :mrgreen:
[quote:466aa3be6f="Ali"]
Wiesz już pewnie jak ich cenię.[/quote:466aa3be6f]
Oczywiście, trudno nie zauważyć :wink:
[quote:466aa3be6f="Wojtek"]
Wydaję się, że brytyjski choreograf jedynie poprawnie odrobił pracę domową.[/quote:466aa3be6f]
Tak, jestem tego samego zdania, doskonale ujęte.
Tylko skrótowo dołączę do zachwytów, nie ma sensu powielać tego, co zostało już powiedziane, ale zgadzam się, że trudno nie dostrzec przełomu, jaki się niewątpliwie dokonał.
Mogę tylko dodać, że nie rozumiem zachwytów nad Yuką Ebiharą - to, że jest świetnie rozciągnięta, dobra technicznie nie czyni z niej - wg mnie - żadnej ikony. A już na pewno ikony baletu neoklasycznego/współczesnego, którego estetyki wg mnie Ebihara całkiem nie rozumie. Świadczyła o tym chociażby praca jej rąk, zbyt staranne, niemal ozdobnie wykańczane ruchy, które uwidaczniały zmanierowanie w obrębie warstwy ruchowej ograniczające się do świadomości, jak poprawnie zatańczyć klasykę. Za to bohaterkami wieczoru (jeśli już dzielić ze względu na płeć), były dla mnie Marta Fiedler i Maria Żuk. Pierwsza, bo zawładnęła sceną w Century rolls, zachwyciła mnie tym, jak doskonale odnalazła się w choreografii inspirowanej amerykańskim stylem, z oczywistymi nawiązaniami do Balanchine'a. To właśnie Marta Fiedler nadawała ton pierwszej części wieczoru. Odkąd ją zobaczyłam, nie może mnie opuścić ani na chwilę myśl, że koniecznie powinna zatańczyć w Rubinach i jakieś solo z Who cares? - byłaby na pewno znakomita! Druga, bo - metamorfoza, jaką przeszła Maria Żuk ciągle mnie zdumiewa i jej "następstwa" widoczne były zarówno w Moving rooms jak i ukoronowaniu wieczoru, czyli Artifact.
Ok, to tyle nt wrażeń, na koniec pytanie (możliwe, że była o tym mowa, jeśli coś przeoczyłam, przepraszam - po prostu brak czasu zmusza mnie do obrania takiej strategii) - czemu ani razu w Artifact nie było widzom dane podziwiać w jednym z duetów Maksa i Izabeli? W końcu ich nazwiska pojawiły się w obsadzie, tak samo nie sposób nie zauważyć ich na trailerze z prób. Jeśli była już o tym mowa to proszę o wyrozumiałość, to nie kwestia ignorancji, tylko zwyczajny brak czasu.
Mogę tylko dodać, że nie rozumiem zachwytów nad Yuką Ebiharą - to, że jest świetnie rozciągnięta, dobra technicznie nie czyni z niej - wg mnie - żadnej ikony. A już na pewno ikony baletu neoklasycznego/współczesnego, którego estetyki wg mnie Ebihara całkiem nie rozumie. Świadczyła o tym chociażby praca jej rąk, zbyt staranne, niemal ozdobnie wykańczane ruchy, które uwidaczniały zmanierowanie w obrębie warstwy ruchowej ograniczające się do świadomości, jak poprawnie zatańczyć klasykę. Za to bohaterkami wieczoru (jeśli już dzielić ze względu na płeć), były dla mnie Marta Fiedler i Maria Żuk. Pierwsza, bo zawładnęła sceną w Century rolls, zachwyciła mnie tym, jak doskonale odnalazła się w choreografii inspirowanej amerykańskim stylem, z oczywistymi nawiązaniami do Balanchine'a. To właśnie Marta Fiedler nadawała ton pierwszej części wieczoru. Odkąd ją zobaczyłam, nie może mnie opuścić ani na chwilę myśl, że koniecznie powinna zatańczyć w Rubinach i jakieś solo z Who cares? - byłaby na pewno znakomita! Druga, bo - metamorfoza, jaką przeszła Maria Żuk ciągle mnie zdumiewa i jej "następstwa" widoczne były zarówno w Moving rooms jak i ukoronowaniu wieczoru, czyli Artifact.
Ok, to tyle nt wrażeń, na koniec pytanie (możliwe, że była o tym mowa, jeśli coś przeoczyłam, przepraszam - po prostu brak czasu zmusza mnie do obrania takiej strategii) - czemu ani razu w Artifact nie było widzom dane podziwiać w jednym z duetów Maksa i Izabeli? W końcu ich nazwiska pojawiły się w obsadzie, tak samo nie sposób nie zauważyć ich na trailerze z prób. Jeśli była już o tym mowa to proszę o wyrozumiałość, to nie kwestia ignorancji, tylko zwyczajny brak czasu.