SYN MARNOTRAWNY Balanchine''a w Warszawie - WRESZCIE!
-
venus-in-furs
- Posty: 660
- Rejestracja: wt lip 27, 2010 10:58 am
Nie mogę polemizować z recenzją czy przyznawać racji, bo baletu nie widziałam, ale przyznam, że po jej przeczytaniu przeszłam ze stanu "bardzo bym chciała zobaczyć" na "muszę zobaczyć" - nie ukrywam, że powodem #1 jest "ciepła klucha"
Także jeśli zło nie stanie mi na drodze, wybiorę się we wtorek. Dziękuję za impuls 
Przeczytałem Kasiu G. Trochę się zgadzam, trochę nie zgadzam. To naturalne. O Kainie i Ablu warto by może pogaworzyć, na różnych zresztą płaszczyznach, ale nie mam nastroju. Może zbyt wiele oczekiwałem... Jedno jest pewne, nie zauważyłem tam ani żadnej "ciepłej kluchy", ani nic "eterycznego". Z pierwszego się cieszę, drugiego żałuję, bo mam wielką słabość do tancerek typu Marii Taglioni.
Ostatnia część była zdecydowanie najlepsza - prawdę mówiąc nie spodziewałam się, że praca rodzimego twórcy wybije się na "przebój" wieczoru, ale wg mnie tak właśnie się stało. Estetyka ruchu i scenografii wpisuje się w nurt choreografii powstających obecnie we Francji, gdzie chętnie zaczęto sięgać i odkurzać utwory muzyki dawnej, tworzyć do niej bazujące na neoklasyce i współczesnym układy - co jakiś czas te spektakle można oglądać np. na mezzo.
Przybyłowicz zaskoczył mnie tym, że jego choreografia nie tylko nie wydała mi się gorsza, ale nawet lepsza od wielu z tych prac, które do tej pory widziałam. A więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że polski choreograf zaprezentował pracę na najwyższym poziomie - jak już ją tutaj nazywano - poetycką, eteryczną, bardzo wysmakowaną w formie, którą podkreślała wspaniała muzyka. Trudno było oderwać wzrok od sceny, zaraz po opadnięciu kurtyny całość mogłabym obejrzeć jeszcze raz.
Co do Kaina i Abla - wypadałoby pominąć milczeniem, sztampowa, przedziwna mieszanina neoklasyki, współczesnego, modern dance. Niektóre elementy mnie rozbawiły - np. Abel rozkładający ramiona na kształt krzyża (niczym Giselle) i broniący w ten sposób swojej wybranki przed Kainem, w scenie konfliktu wystarczyłoby dać obu stronom broń do ręki i mielibyśmy walki niczym w "Romeo i Julii", sam gest odtrącenia jaki wykonywała Noemi wobec Kaina kojarzył się z klasyczną pantomimą, czego w tym wypadku należało uniknąć, bo to "konserwowało" całą historię, zamiast ją odświeżać i ujawniało jakiś brak konsekwencji w formułowaniu przekazu przez warstwę ruchową. Niestety - przedstawienie rozwoju i przedmiotu konfliktu było banalne (zakładam, że przy takim wyborze modyfikacji biblijnego motywu trudno było tego uniknąć - bo jak niesztampowo pokazać w krótkim czasie tak oklepaną sekwencję zdarzeń jak relacje dwóch bratów antagonistów, zawiść i zazdrość jednego z nich i w końcu zabójstwo umotywowane zazdrością o kobietę).
"Klasyk" Balanchine'a do tej pory się nie zestarzał i robi dobre wrażenie, tak samo jak wspaniały Maksim Woitiul w roli głównej.
Przybyłowicz zaskoczył mnie tym, że jego choreografia nie tylko nie wydała mi się gorsza, ale nawet lepsza od wielu z tych prac, które do tej pory widziałam. A więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że polski choreograf zaprezentował pracę na najwyższym poziomie - jak już ją tutaj nazywano - poetycką, eteryczną, bardzo wysmakowaną w formie, którą podkreślała wspaniała muzyka. Trudno było oderwać wzrok od sceny, zaraz po opadnięciu kurtyny całość mogłabym obejrzeć jeszcze raz.
Co do Kaina i Abla - wypadałoby pominąć milczeniem, sztampowa, przedziwna mieszanina neoklasyki, współczesnego, modern dance. Niektóre elementy mnie rozbawiły - np. Abel rozkładający ramiona na kształt krzyża (niczym Giselle) i broniący w ten sposób swojej wybranki przed Kainem, w scenie konfliktu wystarczyłoby dać obu stronom broń do ręki i mielibyśmy walki niczym w "Romeo i Julii", sam gest odtrącenia jaki wykonywała Noemi wobec Kaina kojarzył się z klasyczną pantomimą, czego w tym wypadku należało uniknąć, bo to "konserwowało" całą historię, zamiast ją odświeżać i ujawniało jakiś brak konsekwencji w formułowaniu przekazu przez warstwę ruchową. Niestety - przedstawienie rozwoju i przedmiotu konfliktu było banalne (zakładam, że przy takim wyborze modyfikacji biblijnego motywu trudno było tego uniknąć - bo jak niesztampowo pokazać w krótkim czasie tak oklepaną sekwencję zdarzeń jak relacje dwóch bratów antagonistów, zawiść i zazdrość jednego z nich i w końcu zabójstwo umotywowane zazdrością o kobietę).
"Klasyk" Balanchine'a do tej pory się nie zestarzał i robi dobre wrażenie, tak samo jak wspaniały Maksim Woitiul w roli głównej.
[quote1f="Ewa J."]Ostatnia część była zdecydowanie najlepsza (...) "Klasyk" Balanchine'a do tej pory się nie zestarzał i robi dobre wrażenie..[/quote1f]
Ostatnia część przedstawienia – urocza, to prawda. Na mnie też zrobiła wrażenie. Ale, że „zdecydowanie najlepsza” - tego bym nie zaryzykował. Nie można jednak mierzyć tą samą miarą arcydzieła sprzed lat z piękną współczesną formą teatru baletowego. To dwa różne światy – nieporównywalne. Musimy uczyć się patrzeć na balet - choreografię, jak na dzieło sztuki swojej epoki: klasycyzmu, romantyzmu, neoromantyzmu, neoklasycyzmu, modernizmu... aż po wielobarwną współczesność. Może nie przemawiać do nas jakiś obraz Rembrandta czy Picassa, ale nikt rozsądny wychodząc z galerii pod wrażeniem dzieła jakiegoś współczesnego malarza nie powie jednak, że to jego obraz jest „zdecydowanie najlepszy”. Dla mnie „Syn marnotrawny” Balanchine'a jest takim właśnie arcydziełem swojej epoki – mnie zachwyca i chyba nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że „się nie zestarzał”. Co w niczym nie ujmuje pięknemu baletowi Jacka Przybyłowicza.
Ostatnia część przedstawienia – urocza, to prawda. Na mnie też zrobiła wrażenie. Ale, że „zdecydowanie najlepsza” - tego bym nie zaryzykował. Nie można jednak mierzyć tą samą miarą arcydzieła sprzed lat z piękną współczesną formą teatru baletowego. To dwa różne światy – nieporównywalne. Musimy uczyć się patrzeć na balet - choreografię, jak na dzieło sztuki swojej epoki: klasycyzmu, romantyzmu, neoromantyzmu, neoklasycyzmu, modernizmu... aż po wielobarwną współczesność. Może nie przemawiać do nas jakiś obraz Rembrandta czy Picassa, ale nikt rozsądny wychodząc z galerii pod wrażeniem dzieła jakiegoś współczesnego malarza nie powie jednak, że to jego obraz jest „zdecydowanie najlepszy”. Dla mnie „Syn marnotrawny” Balanchine'a jest takim właśnie arcydziełem swojej epoki – mnie zachwyca i chyba nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że „się nie zestarzał”. Co w niczym nie ujmuje pięknemu baletowi Jacka Przybyłowicza.
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
No to znalazłam Ali jedną osobę, której też I część się podobała bardziej niż III.
Z tym, że pragnę podkreślić, że wszystkie moje autorytety z dziedziny tańca zachwycały się pw częścią III, więc to trzeba uszanować.
Jak dla mnie w III części było za dużo czegoś, co jest jakąś domeną np PTT, czyli eklektyzmu. Sam ruch piękny, ale przez zakorzenienie w Forsythe, czy w innych twórcach, idących w tym kierunku zby mało innowacyjny. W ciągu roku widziałam kilka podobnych spektakli. Czyli sam ruch piękny ale mało innowacyjny. Już bardzie podobała mi się zwyciężczyni listopadowego Konkursu Choreograficznego w Łodzi, która konstruowała ruch podobnie, ale w sposób bardziej uporządkowany tj Kylian czy Forsythe (u nich właśnie jest porządek, poukładnie, brak eklektyzmu). Do tego w obu spektaklach (Przybyowicza i zwyciężczyni Konkursu) były bardzo podobne niebieskie kostiumy. Skoro wówczas zarzuciłam tej Macedonce zbyt małą innowacyjność, to teraz ciężko o tym nie mówić, mimo, że samego J. Przybyłowicza ogromnie cenię i uważam, że on i K. Pastor to bodajże najbardziej zasłużone dla tańca osoby w Polsce. To jest z całą pewnością wybitny twórca i go ogromnie szanuję, ale w tym wieczorze jakoś mi jego III część nie odpowiadała (a scenografia w środku wprost mnie rozbawiła). Natomiast z całą pewnością fajnie, ze taki rodzaj ruchu można było zobaczyć w wykonaniu najlepszych polskich tancerzy, którzy byli w tym wybitni.
I część zadziwia innowacyjnością jak na swoje czasy i nie tylko. Niektóre rozwiązania wprawiają w osłupienie. Syn marnotrawny, sam w sobie, nie jest moją ulubioną choreografią Balanchine, ale każdy niemal spektakl tego twórcy, udowadnia jakim był geniuszem i jest choreograficzną perełką. Natomiast mimo, ze trafiłam na b daobrą obsadę z wybitną M. Żuk i P. Koncewojem, to wykonanie mnie zabolało... Za każdym razem jak widzę wykonanie Balanchine w PBN, to cierpię, bo ogromnie to odstaje od NYCB czy PON. Szkoda tylko, że nie widziałam Maksima... Za to Gabdullin świetny.
Co do II części, to trafiłam na genialną obsadę w drugim dniu - Maksim jako Kain, Yaroshenko jako Abel + Fiedler. Musze powiedzieć, ze jakkolwiek w pełni się zgadzam z Ewą, ze konstrukcyjnie są niedostatki i dodam, ze ruch jest taki trochę starodawny, nie zaskakujący, figury wyjęte z Romeo itd, to jednak podobał mi się ogromnie ten spektakl z uwagi na 3 rzeczy: 1. genialne wykonania tancerzy (widać, że robił to choreograf, który zna ich na wylot i idealnie posługuje się ich możliwościami); 2. ładne sceny zbiorowe w męskim balecie (a ja w balecie pw kocham dynamiczny, męski balet); 3. ładna muzyka.
Maksim Wojtiul jako Kain zachwycający (dawno nie miałam w PBN takiej przyjemności jak oglądając to wykonanie; cudowne; brak słów). To druga rola Maksima, po przywódcy powstania w I przejdą deszcze, w której ten tancerz ujawnia, że niesamowicie umie przekazać wewnętrzne targania się, niepokój, bardzo silne emocje. POwyższe pokazuje, ze Maksim to nie tylko klasyk. M. Fiedler i Yaroshenko - to była przyjemność w ogladaniu ich wykonań . Wg mnie to były ich najlepsze kreacje, jakie widizałam kiedykolwiek. Włądymir Yaroshenko idealny.
Ogólnie byłam bardzo zadowolona, bo ostatnio coraz rzadziej zdarza mi się popaść w zachwyt, a tuaj kilkakrotnie mi się to zdarzyło.
Z tym, że pragnę podkreślić, że wszystkie moje autorytety z dziedziny tańca zachwycały się pw częścią III, więc to trzeba uszanować.
Jak dla mnie w III części było za dużo czegoś, co jest jakąś domeną np PTT, czyli eklektyzmu. Sam ruch piękny, ale przez zakorzenienie w Forsythe, czy w innych twórcach, idących w tym kierunku zby mało innowacyjny. W ciągu roku widziałam kilka podobnych spektakli. Czyli sam ruch piękny ale mało innowacyjny. Już bardzie podobała mi się zwyciężczyni listopadowego Konkursu Choreograficznego w Łodzi, która konstruowała ruch podobnie, ale w sposób bardziej uporządkowany tj Kylian czy Forsythe (u nich właśnie jest porządek, poukładnie, brak eklektyzmu). Do tego w obu spektaklach (Przybyowicza i zwyciężczyni Konkursu) były bardzo podobne niebieskie kostiumy. Skoro wówczas zarzuciłam tej Macedonce zbyt małą innowacyjność, to teraz ciężko o tym nie mówić, mimo, że samego J. Przybyłowicza ogromnie cenię i uważam, że on i K. Pastor to bodajże najbardziej zasłużone dla tańca osoby w Polsce. To jest z całą pewnością wybitny twórca i go ogromnie szanuję, ale w tym wieczorze jakoś mi jego III część nie odpowiadała (a scenografia w środku wprost mnie rozbawiła). Natomiast z całą pewnością fajnie, ze taki rodzaj ruchu można było zobaczyć w wykonaniu najlepszych polskich tancerzy, którzy byli w tym wybitni.
I część zadziwia innowacyjnością jak na swoje czasy i nie tylko. Niektóre rozwiązania wprawiają w osłupienie. Syn marnotrawny, sam w sobie, nie jest moją ulubioną choreografią Balanchine, ale każdy niemal spektakl tego twórcy, udowadnia jakim był geniuszem i jest choreograficzną perełką. Natomiast mimo, ze trafiłam na b daobrą obsadę z wybitną M. Żuk i P. Koncewojem, to wykonanie mnie zabolało... Za każdym razem jak widzę wykonanie Balanchine w PBN, to cierpię, bo ogromnie to odstaje od NYCB czy PON. Szkoda tylko, że nie widziałam Maksima... Za to Gabdullin świetny.
Co do II części, to trafiłam na genialną obsadę w drugim dniu - Maksim jako Kain, Yaroshenko jako Abel + Fiedler. Musze powiedzieć, ze jakkolwiek w pełni się zgadzam z Ewą, ze konstrukcyjnie są niedostatki i dodam, ze ruch jest taki trochę starodawny, nie zaskakujący, figury wyjęte z Romeo itd, to jednak podobał mi się ogromnie ten spektakl z uwagi na 3 rzeczy: 1. genialne wykonania tancerzy (widać, że robił to choreograf, który zna ich na wylot i idealnie posługuje się ich możliwościami); 2. ładne sceny zbiorowe w męskim balecie (a ja w balecie pw kocham dynamiczny, męski balet); 3. ładna muzyka.
Maksim Wojtiul jako Kain zachwycający (dawno nie miałam w PBN takiej przyjemności jak oglądając to wykonanie; cudowne; brak słów). To druga rola Maksima, po przywódcy powstania w I przejdą deszcze, w której ten tancerz ujawnia, że niesamowicie umie przekazać wewnętrzne targania się, niepokój, bardzo silne emocje. POwyższe pokazuje, ze Maksim to nie tylko klasyk. M. Fiedler i Yaroshenko - to była przyjemność w ogladaniu ich wykonań . Wg mnie to były ich najlepsze kreacje, jakie widizałam kiedykolwiek. Włądymir Yaroshenko idealny.
Ogólnie byłam bardzo zadowolona, bo ostatnio coraz rzadziej zdarza mi się popaść w zachwyt, a tuaj kilkakrotnie mi się to zdarzyło.
[quote2a]znalazłam jedną osobę, której też I część się podobała bardziej niż III (...) moje autorytety z dziedziny tańca zachwycały się częścią III, więc to trzeba uszanować. [/quote2a]
Odnoście I części jestem więc drugi spośród tych, których znalazłaś. Ja spotkałem ich więcej. A Twoje autorytety też szanuję za ich opinię, bo i część III pozostawiła mnie pod wielkim wrażeniem. Ja tylko sprzeciwiam się stanowisku: Przybyłowicz lepszy od Balanchine'a. Sama przyznasz, że to głupawe.
[quote2a]Co do II części, to trafiłam na genialną obsadę w drugim dniu - Maksim jako Kain, Yaroshenko jako Abel + Fiedler.[/quote2a]
Zgadzam się, to także "moja" obsada. Świetna w całości, a i sam balet na niej bardzo zyskuje.
[quote2a]Vladimir Yaroshenko idealny.[/quote2a]
Lubię to, tak mi rób Sagittaire! A on - niech Ci daje ku temu jak najwięcej powodów.
Odnoście I części jestem więc drugi spośród tych, których znalazłaś. Ja spotkałem ich więcej. A Twoje autorytety też szanuję za ich opinię, bo i część III pozostawiła mnie pod wielkim wrażeniem. Ja tylko sprzeciwiam się stanowisku: Przybyłowicz lepszy od Balanchine'a. Sama przyznasz, że to głupawe.
[quote2a]Co do II części, to trafiłam na genialną obsadę w drugim dniu - Maksim jako Kain, Yaroshenko jako Abel + Fiedler.[/quote2a]
Zgadzam się, to także "moja" obsada. Świetna w całości, a i sam balet na niej bardzo zyskuje.
[quote2a]Vladimir Yaroshenko idealny.[/quote2a]
Lubię to, tak mi rób Sagittaire! A on - niech Ci daje ku temu jak najwięcej powodów.
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
[quotec9="Ali"]Odnoście I części jestem więc drugi spośród tych, których znalazłaś.[/quotec9]
Pierwszy - pisałam właśnie o Tobie.
[quotec9="Ali"]Ja tylko sprzeciwiam się stanowisku: Przybyłowicz lepszy od Balanchine'a.[/quotec9]
Z tym, że nie sądzę, żeby o to chodziło rozmówczyni Ewie, która jest znawczynią Balanchine i przypuszczam, że bardzo go ceni. Raczej to odczytałam jako skrót myślowy, że - przy założeniu iż Balanchine jest twórcą wybitnym - nie zestarzał się, zaś Przybyłowicz, jak na Polaka, robi rzeczy światowe. Jedno drugiego nie wyklucza.
Pierwszy - pisałam właśnie o Tobie.
[quotec9="Ali"]Ja tylko sprzeciwiam się stanowisku: Przybyłowicz lepszy od Balanchine'a.[/quotec9]
Z tym, że nie sądzę, żeby o to chodziło rozmówczyni Ewie, która jest znawczynią Balanchine i przypuszczam, że bardzo go ceni. Raczej to odczytałam jako skrót myślowy, że - przy założeniu iż Balanchine jest twórcą wybitnym - nie zestarzał się, zaś Przybyłowicz, jak na Polaka, robi rzeczy światowe. Jedno drugiego nie wyklucza.
-
venus-in-furs
- Posty: 660
- Rejestracja: wt lip 27, 2010 10:58 am
[quote60]Co do II części, to trafiłam na genialną obsadę w drugim dniu - Maksim jako Kain, Yaroshenko jako Abel + Fiedler.[/quote60]
Ja bym polemizowała z jej genialnością, ale byłaby to dość nieelegancka wypowiedź, której na dodatek nie da się uzasadnić konkretami, więc moje zastrzeżenie pozostawiam do nietrudnego domysłu ;]
Ja bym polemizowała z jej genialnością, ale byłaby to dość nieelegancka wypowiedź, której na dodatek nie da się uzasadnić konkretami, więc moje zastrzeżenie pozostawiam do nietrudnego domysłu ;]
[quotee8="Ali"]A Twoje autorytety też szanuję za ich opinię, bo i część III pozostawiła mnie pod wielkim wrażeniem. Ja tylko sprzeciwiam się stanowisku: Przybyłowicz lepszy od Balanchine'a. Sama przyznasz, że to głupawe.[/quotee8]
Miałam wczoraj odpisać, ale było już późno więc odłożyłam to na dziś, a tutaj pojawiają się nowe meandry dyskusji. Widzę, że Sagittaire lepiej mnie zrozumiała, ale może specjalnie zaogniasz sprawę, żeby sprowokować dyskusję - cóż, niech będzie i tak, bo jednak nie sądzę, że piszesz to na poważnie.
Ale może po kolei.
[quotee8="Ali"]Dla mnie „Syn marnotrawny” Balanchine'a jest takim właśnie arcydziełem swojej epoki – mnie zachwyca i chyba nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że „się nie zestarzał”. Co w niczym nie ujmuje pięknemu baletowi Jacka Przybyłowicza.[/quotee8]
Ok, wybacz, że nie byłam odkrywcza, prawdę mówiąc trudno byłoby się na to silić, dlatego nic więcej nie napisałam poza stwierdzeniem, że klasyk się nie zestarzał - sam przecież uważasz, że "komplementowanie tej choreografii byłoby banałem", więc skoro reprezentujesz takie (wg mnie słuszne zresztą) podejście, to cóż odkrywczego wg Ciebie mogłabym napisać?
Z drugiej strony nie do końca się zgadzam, bo jest wiele dzieł, które w danym czasie odcisnęły piętno na danej epoce, były nawet rewolucyjne w swoim czasie, a jednak dzisiaj często trafiają do lamusa, nie są wznawiane, a więc jednak się zestarzały, okazały mało uniwersalne. Do takich choreografii zalicza się min. dzieła Sergiusza Lifara (celowo wybrałam taki wyrazisty przykład) - bo czym innym były, jak nie dziełami swojej epoki. Obecnie mamy szanse oglądać nieliczne z jego prac. Ja np. w całości widziałam 3, bardzo lubię Suitę w bieli i Les mirages. Co do tego ostatniego, kiedy 5 lat temu wznowione było na deskach POB, można było przeczytać w recenzjach, że wariacja Cienia i pas de deux były genialne, ale resztę dla dobra tej choreografii należałoby usunąć, bo jest "sztuczna" i "nienaturalna". Wniosek końcowy recenzenta był prosty: Lifar nie jest już wystawiany, bo jego choreografie były swoistym "produktem" swoich czasów, dosyć osobiste i strasznie się zestarzały. Co do Miraży nie zgadzam się z tym stanowiskiem, dla mnie to jest bardzo piękny, symboliczny balet o samotności (w dodatku spersonifikowanej, choć postać Cienia można interpretować w wielu kierunkach). Obejrzałam go 2 razy pod rząd za jednym zamachem, bo odnalazłam w nim coś więcej, niż tylko ślad "tamtych" czasów, nie był dla mnie tylko świadectwem epoki, w której powstał i na którym obecnie osiadł już kurz, którego nie da się zdmuchnąć. Ale dla kogoś innego jest sztuczny i nienaturalny - przyjęłam to do wiadomości. Zresztą myślę, że gdybym zobaczyła więcej jego dzieł, o większości z nich mogłabym mieć podobne zdanie, jakie reprezentował wspomniany recenzent (fragmenty skłaniają mnie do takich przypuszczeń).
Co do Syna - ten balet znany mi był już wcześniej, więc z góry wiedziałam, czego się spodziewać. Bardzo go lubię, ale tak jak już wspomniałam - jakoś nie wierzę, że inteligentna osoba może powiedzieć, że uznanie za lepsze dzieła współczesnego choreografa od klasyka jest "głupawe". Po pierwsze, załóżmy, że były osoby, którym się wcale nie podobał i co wtedy - mają się z tego powodu ubiczować? Mają do tego święte prawo. Po drugie, jest na pewno co najmniej kilka dzieł (nie mam na myśli tylko tych w obrębie tańca), które wiele autorytetów wychwala, a na mnie nie robią wrażenia, są mi obojętne. Czasem myślę sobie, że może do nich jeszcze nie dorosłam, a innym razem, że może tak już będzie zawsze i nic na to nie poradzę. Poza tym zauważ jeszcze jedno - mówiąc w ten sposób nie tylko nie bierzesz pod uwagę innych punktów widzenia, ale również tego, że każdy ma jednak inne wychowanie, wykształcenie, nie mówiąc już o rzeczach tak subiektywnych i osobistych jak inaczej ukształtowany gust i inna wrażliwość na sztukę. A to tylko nieliczne składowe, bo razem tych wszystkich czynników jest nieskończenie wiele.
No i na koniec już - w tym wypadku niestety znowu wracamy do Gombrowicza - ja akurat w pełni uznaję, że Balanchine był (i jest) wielkim choreografem, ale naprawdę nikt nie jest zobligowany do podzielania takiego poglądu, no chyba, że pod sankcją uznania tego kogoś przez Ciebie np. za bezguście
I jeszcze tylko słowo nt innowacyjności - nie szastałabym dzisiaj zanadto tym pojęciem, bo to chyba oczywiste, że za czasów Balanchine'a stosunkowo łatwo było być innowacyjnym (oczywiście jeśli ktoś miałby talent i zdolności w kierunku twórczości choreograficznej na jego miarę), ale dzisiaj są już właściwie tylko syntezy, przeróbki, obróbki tego co powstało w XX wieku, i żądanie żeby ktoś był dzisiaj innowacyjny w takim sensie, jak to możemy powiedzieć o Balanchinie właśnie, uważam za nieuzasadnione oczekiwania i nieco anachroniczne spojrzenie na tą sprawę.
Acha, i na pewno nie jesteście jedynymi osobami, którym podobała się najbardziej I część - mojej koleżance też najbardziej do gustu przypadł Syn, a kiedy ja siedziałam w pełnym zahipnotyzowaniu na części III, ona pewnie przysypiała - wiem, bo skwitowała na końcu, że "skończyło się w odpowiednim momencie" (co miało oznaczać, że już było nudno).
To chyba wszystko, co na razie miałam do powiedzenia w tej sprawie
PS. Miałam już pominąć dygresję dotyczącą malarstwa, bo to offtop, ale może jeszcze krótko nt tej wypowiedzi: "Może nie przemawiać do nas jakiś obraz Rembrandta czy Picassa, ale nikt rozsądny wychodząc z galerii pod wrażeniem dzieła jakiegoś współczesnego malarza nie powie jednak, że to jego obraz jest „zdecydowanie najlepszy."
Sądzę (a nawet jestem pewna), że taka sytuacja, którą uznajesz za niemożliwą jest jak najbardziej możliwa nie tylko w teorii, ale i w praktyce
Żyjemy w czasach, kiedy przytłacza nas estetyka gier komputerowych, telewizji i innych niekoniecznie wizualnie wzniosłych przedmiotów - w tej sytuacji dlaczego uważasz, że każdy doceni Rembrandta, Caravaggia, Turnera, Tycjana - jakiegokolwiek innego wielkiego jakiejkolwiek epoki. Zresztą żeby w pełni docenić i się zachwycić, wg mnie trzeba zobaczyć prawdziwy obraz na żywo - dzisiaj jest o tyle wygodniej, że łatwo możemy obejrzeć reprodukcje w albumach albo obrazki w internecie, za to z dużą szkodą dla odbioru.
Miałam wczoraj odpisać, ale było już późno więc odłożyłam to na dziś, a tutaj pojawiają się nowe meandry dyskusji. Widzę, że Sagittaire lepiej mnie zrozumiała, ale może specjalnie zaogniasz sprawę, żeby sprowokować dyskusję - cóż, niech będzie i tak, bo jednak nie sądzę, że piszesz to na poważnie.
Ale może po kolei.
[quotee8="Ali"]Dla mnie „Syn marnotrawny” Balanchine'a jest takim właśnie arcydziełem swojej epoki – mnie zachwyca i chyba nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że „się nie zestarzał”. Co w niczym nie ujmuje pięknemu baletowi Jacka Przybyłowicza.[/quotee8]
Ok, wybacz, że nie byłam odkrywcza, prawdę mówiąc trudno byłoby się na to silić, dlatego nic więcej nie napisałam poza stwierdzeniem, że klasyk się nie zestarzał - sam przecież uważasz, że "komplementowanie tej choreografii byłoby banałem", więc skoro reprezentujesz takie (wg mnie słuszne zresztą) podejście, to cóż odkrywczego wg Ciebie mogłabym napisać?
Z drugiej strony nie do końca się zgadzam, bo jest wiele dzieł, które w danym czasie odcisnęły piętno na danej epoce, były nawet rewolucyjne w swoim czasie, a jednak dzisiaj często trafiają do lamusa, nie są wznawiane, a więc jednak się zestarzały, okazały mało uniwersalne. Do takich choreografii zalicza się min. dzieła Sergiusza Lifara (celowo wybrałam taki wyrazisty przykład) - bo czym innym były, jak nie dziełami swojej epoki. Obecnie mamy szanse oglądać nieliczne z jego prac. Ja np. w całości widziałam 3, bardzo lubię Suitę w bieli i Les mirages. Co do tego ostatniego, kiedy 5 lat temu wznowione było na deskach POB, można było przeczytać w recenzjach, że wariacja Cienia i pas de deux były genialne, ale resztę dla dobra tej choreografii należałoby usunąć, bo jest "sztuczna" i "nienaturalna". Wniosek końcowy recenzenta był prosty: Lifar nie jest już wystawiany, bo jego choreografie były swoistym "produktem" swoich czasów, dosyć osobiste i strasznie się zestarzały. Co do Miraży nie zgadzam się z tym stanowiskiem, dla mnie to jest bardzo piękny, symboliczny balet o samotności (w dodatku spersonifikowanej, choć postać Cienia można interpretować w wielu kierunkach). Obejrzałam go 2 razy pod rząd za jednym zamachem, bo odnalazłam w nim coś więcej, niż tylko ślad "tamtych" czasów, nie był dla mnie tylko świadectwem epoki, w której powstał i na którym obecnie osiadł już kurz, którego nie da się zdmuchnąć. Ale dla kogoś innego jest sztuczny i nienaturalny - przyjęłam to do wiadomości. Zresztą myślę, że gdybym zobaczyła więcej jego dzieł, o większości z nich mogłabym mieć podobne zdanie, jakie reprezentował wspomniany recenzent (fragmenty skłaniają mnie do takich przypuszczeń).
Co do Syna - ten balet znany mi był już wcześniej, więc z góry wiedziałam, czego się spodziewać. Bardzo go lubię, ale tak jak już wspomniałam - jakoś nie wierzę, że inteligentna osoba może powiedzieć, że uznanie za lepsze dzieła współczesnego choreografa od klasyka jest "głupawe". Po pierwsze, załóżmy, że były osoby, którym się wcale nie podobał i co wtedy - mają się z tego powodu ubiczować? Mają do tego święte prawo. Po drugie, jest na pewno co najmniej kilka dzieł (nie mam na myśli tylko tych w obrębie tańca), które wiele autorytetów wychwala, a na mnie nie robią wrażenia, są mi obojętne. Czasem myślę sobie, że może do nich jeszcze nie dorosłam, a innym razem, że może tak już będzie zawsze i nic na to nie poradzę. Poza tym zauważ jeszcze jedno - mówiąc w ten sposób nie tylko nie bierzesz pod uwagę innych punktów widzenia, ale również tego, że każdy ma jednak inne wychowanie, wykształcenie, nie mówiąc już o rzeczach tak subiektywnych i osobistych jak inaczej ukształtowany gust i inna wrażliwość na sztukę. A to tylko nieliczne składowe, bo razem tych wszystkich czynników jest nieskończenie wiele.
No i na koniec już - w tym wypadku niestety znowu wracamy do Gombrowicza - ja akurat w pełni uznaję, że Balanchine był (i jest) wielkim choreografem, ale naprawdę nikt nie jest zobligowany do podzielania takiego poglądu, no chyba, że pod sankcją uznania tego kogoś przez Ciebie np. za bezguście
I jeszcze tylko słowo nt innowacyjności - nie szastałabym dzisiaj zanadto tym pojęciem, bo to chyba oczywiste, że za czasów Balanchine'a stosunkowo łatwo było być innowacyjnym (oczywiście jeśli ktoś miałby talent i zdolności w kierunku twórczości choreograficznej na jego miarę), ale dzisiaj są już właściwie tylko syntezy, przeróbki, obróbki tego co powstało w XX wieku, i żądanie żeby ktoś był dzisiaj innowacyjny w takim sensie, jak to możemy powiedzieć o Balanchinie właśnie, uważam za nieuzasadnione oczekiwania i nieco anachroniczne spojrzenie na tą sprawę.
Acha, i na pewno nie jesteście jedynymi osobami, którym podobała się najbardziej I część - mojej koleżance też najbardziej do gustu przypadł Syn, a kiedy ja siedziałam w pełnym zahipnotyzowaniu na części III, ona pewnie przysypiała - wiem, bo skwitowała na końcu, że "skończyło się w odpowiednim momencie" (co miało oznaczać, że już było nudno).
To chyba wszystko, co na razie miałam do powiedzenia w tej sprawie
PS. Miałam już pominąć dygresję dotyczącą malarstwa, bo to offtop, ale może jeszcze krótko nt tej wypowiedzi: "Może nie przemawiać do nas jakiś obraz Rembrandta czy Picassa, ale nikt rozsądny wychodząc z galerii pod wrażeniem dzieła jakiegoś współczesnego malarza nie powie jednak, że to jego obraz jest „zdecydowanie najlepszy."
Sądzę (a nawet jestem pewna), że taka sytuacja, którą uznajesz za niemożliwą jest jak najbardziej możliwa nie tylko w teorii, ale i w praktyce