Ta choreografia "Romea i Julii" to coś.. nieziemskiego. Uwielbiam ten balet, oczywiście nie tylko ze względu na genialną muzykę Prokofiewa. Znam kilka wersji, oprócz McMillana również Neumeiera, Crancko, Ławrowskiego (chociaż tej ostatniej szczerze nie znoszę) i przyznaję, że dla mnie Nurejew bije wszystkich pozostałych na głowę. Polecam obejrzenie tego baletu szczególnie tym, którzy twierdzą, że klasyka to nic więcej tylko przede wszystkim piękna, ale pusta forma. Na pewno dzięki temu spektaklowi zmienią zdanie i przekonają się, że nie zawsze tak jest. To choreografia bardzo symboliczna, niezwykle przemyślana, nie ma tam żadnej sceny tańca wepchniętej na siłę, służącej "zapychaniu dziury" (taki sposób podejścia denerwował mnie bardzo u Ławrowskiego). Tu jako przykład można chociażby wspomnieć Taniec Koła Fortuny, któremu przewodzi Rozalina (a propos Nurejew przy jego tworzeniu inspirował się oryginalnymi dworskimi tańcami renesansowymi) - bohaterowie, których losy powiążą się ze sobą w przyszłości, spotykają się, oczywiście przez przypadek, w tym tańcu. Poza tym po obejrzeniu tego spektaklu, nagle zobaczyłam innego Nurejewa. Nie tego, który tworzy tylko imponujące, pełne popisów choreografie klasyczne, ale tego, który tworzy dzieło w pełni dopracowane i przemyślane, wykazując przy tym ogromną dojrzałość w ramach warsztatu - jako twórca oryginalnego, bogatego języka choreograficznego i jako artysta - pokazuje się jako człowiek bardzo wrażliwy, również społecznie (patrz - dostrzeżenie takich problemów ówczesnej Werony jak nędza, żebractwo, śmierć najuboższych; scena, kiedy Romeo wspiera nędzarza, który zaraz potem umiera. Poza tym te niezidentyfikowane postacie - być może również biedacy - zamykające klamrową kompozycją początek i koniec spektaklu). To, co uprawia Nurejew nazywam urealnieniem, tj. stosuje w swoim spektaklu pełen realizm psychologiczny wszystkich bohaterów, bez żadnych uproszczeń. Romeo to nie jest "idealny młody człowiek" (o zgrozo, słuchałam wypowiedzi tancerek, które tak postrzegały tą postać), ale typowy młody człowiek - jak u Szekspira - najpierw zakochany w Rozalinie i z nią flirtujący. Co do Julii - to już jest wyższa szkoła jazdy. W dokumencie na temat "Romea i Julii" Nurejewa mówiono nawet o tym, że niektóre tancerki płakały, ponieważ od początku wyobrażały sobie tańczenie tej roli inaczej. Natomiast pedagodzy z Opery Paryskiej definiują tę rolę tak - Julia, jako podlotek, musi w bardzo krótkim czasie przeobrazić się w dojrzałą, zakochaną kobietę, która zostaje postawiona w dramatycznej sytuacji, zaczyna myśleć o śmierci, o tym, czy powinna być wierna ukochanemu, czy rodzinie. To taki telegraficzny skrót, ale prawda jest taka, że wykonanie wszystkiego tego, co stawia za zadanie Nurejew, jest piekielnie trudne. To rola dla tancerki dojrzałej, wydaje mi się, że nie przesadzę jeśli powiem - nie tylko z najwyżej rozwiniętym współczynnikiem inteligencji emocjonalnej, ale także intelektualnej. I taką właśnie tancerką jest Monique Loudieres. Dla mnie najjaśniejsza gwiazda, ukoronowanie wszystkich żeńskich etoiles Opery ostatnich kilkunastu lat. Tancerka niezwykła, cudowna, zadziwiająca. I ta rola.. zdecydowanie należy tylko do niej. Widziałam inną sławną Julię Opery w całym spektaklu - Elisabeth Maurin i nie była ona w stanie udźwignąć na takim poziomie jak Monique nie tylko strony technicznej, ale przede wszystkim emocjonalnej. Ale tak jak już wspomniałam to piekielnie trudna rola, więc w tym wypadku nie wiem, czy jest jakikolwiek sens porównywania innych tancerek z Monique (oprócz niezwykłej Carli Fracci, która również jest wspaniała). I jako Romeo - boski Manuel. Werwa, dowcip, doskonała technika, świetne ukazanie przemiany duchowej bohatera. To oczywiście on pomaga Julii dojrzeć i uczy ją języka miłości. Ich pierwszym punktem porozumienia, odpowiednio do wieku Julii, która jest jeszcze dzieckiem - zaraz po zauroczeniu sobą nawzajem - jest ta sama gra polegająca na klaskaniu w dłonie, w którą Julia zawsze "bawiła się" z Tybaltem. Różnica polega na tym, że zamiast przekornego nadeptywania na nogę kuzynowi, dziewczyna oddaje się bez reszty nowemu partnerowi gry, a wszystko wkrótce kończy się pocałunkiem.. I oczywiście muszę dodać, że gdyby którekolwiek z nich tańczyło z innym partnerem, to już nie byłoby to samo.
Mniej optymistyczna refleksja na koniec - myślę, że stosunkowo niewiele osób w pełni docenia tę choreografią, ale wydaje mi się, że do niej trzeba dojrzeć, między innymi poprzez oglądanie innych wersji "Romea..". Gdybym sama obejrzała ją jeszcze rok temu, byłabym może zdziwiona, jeśli nie zniesmaczona niektórymi rozwiązaniami (bardzo groteskowe i przerysowane ukazanie konfliktu Kapuletich i Montekich, śmierć obecna wszędzie, mocne, wyraziście zarysowane postaci Tybalta, Merkucja, Benwolia itp., itd.). Jak mówił sam Nurejew - chciał pokazać Weronę pełną kontrastów i napięć, ludzie tamtych czasów są brutalni (dlatego jak na choreografię klasyczną może wzbudzać niekiedy kontrowersje), a odcienie miłości bardzo różne. Dojrzewanie Julii - odbywa się nawet wtedy, kiedy obserwuje przypadkiem swoją nianię w intymnej sytuacji.
Za to czytałam opinie, w których nawet ci nie doceniający całości dzieła mówili o tym, że Monique wycisnęła im łzy z oczu. I to jest prawda. Jest taka jedna scena - najbardziej zapadła mi w pamięć - która według mnie nie może zostać "odegrana" właściwie przez jakąkolwiek inną tancerkę (zbyt duży ciężar emocjonalny, poza tym zamiast dramatycznie może wypaść groteskowo). To scena po śmierci Tybalta, Julia dowiaduje się o niej i rozpacza nad jego ciałem (dramatyzmu dodaje fakt, że jest nadal ubrana w swoją złoto-czerwoną suknię ślubną, jak widać pracuje nawet symbolika koloru). To co zrobiła wtedy Monique jest wprost nie do opisania.. nie nazwę tego nawet wybitnym aktorstwem, bo tego tak po prostu nie można nazwać. Kolejne poruszające sceny to oczywiście śmierć Romea, potem Julii, pas de deux, spotkanie na balu.. w zasadzie gdybym miała tak wymieniać to musiałabym wspomnieć o każdej scenie spektaklu, bo każda jest bardzo ważna i potrzebna. Czasem pisałam o jakimś balecie i dodawałam, że jest w pierwszej 5, czy pierwszej 3 ulubionych, teraz mogę zdradzić w końcu mój numer jeden jeśli chodzi ogółem o spektakle klasyczne - to właśnie ten. Myślałam sobie też, że nawet gdybym przestała kiedyś kochać taniec, to na pewno nigdy nie przestanę uwielbiać tego spektaklu, oj nie
PS. Wiem, że to nieco sprzeczne z treścią wątku, ale skoro Blanche stwierdziłaś, że ostatnio "wpadałaś" jeśli chodzi o oglądanie tego baletu, to może zechcesz podzielić się swoimi wrażeniami przynajmniej na temat niektórych interpretacji?
