Tristan w Warszawie
Tristan Krzysztofa Pastora... Tym razem zacznę chyba od końca mając nadzieję ze choreograf i dyrektor warszawskiego baletu w jednym nie pogniewa się o to. Bo chcę zacząć od wykonania – tak dobrze tańczącego zespołu nie pamiętam bodaj od premiery Bajadery, Czajkowskiego czy Balanchina i muz. Zmiana jakościowa kolosalna! I to po zaledwie 3 miesiącach pracy! Nie mówię nawet o solistach, o których z rożnych ich dokonań wiadomo było ze odpowiednio obsadzeni potrafią się pokazać, że trafiając we wlasciwe dla nich emplois i odpowiednio motywując można wydobyc z nich prawdziwe mistrzostwo. Nie mówię juz o tych solistach, o których zawsze wiadomo ze mają w sobie artyzm, dojrzałość artystyczną, głębię, a potrzebują odpowiedniej roli aby móc to pokazać ozywając w dodatku świetnej techniki, którą przecież mają. Mówię o zespole, o corps de ballet włączonych do niego w tym przypadku solistkach, solistach, koryfejkach i koryfejach. Nie dość ze było równo ( co dla mniej wyrobionego widza już jest synonimem perfekcji i sukcesu), ale było jeszcze lekko, wdzięcznie i muzykalnie! Dziewczęta pięknie wyglądały w „pierzastych” sukienkach sił natury, nie szpeciły ich nawet zapowiadane „łyse czepce” - czy raczej chustki związane w formie nakryć głów z jakby japońskimi koczkami-węzełkami. Ale co tam wygląd – jakie jetes zarówno u pań, jak i u panów, jaka synchronizacja, jakie delikatnie poruszające sie po scenie szeregi!
Soliści... To nawet trudno napisac ze byli perfekcyjni, bo przy takiej dawce emocji trudno skupiać się li tylko na technicznej stronie wykonania. Byli poruszający i wzruszający. Zwłaszcza duet „namiętności” na tle lustra-zastawki i finałowy duet „pośmiertny” były genialne! Mówię o Tristanie (Jan-Erik Wikstrom) i Izoldzie (Izabela Milewska). Oboje skończeni artysci odmalowujący tak tańcem jak i grą aktorską pełną paletę targających nimi uczuć. Drugą wspaniałą parę tworzyli Dominika Krysztoforska (Matka Tristana) i Siergiej Basałajew (Ojciec Tristana) , a raczej opiekuńcze duchy rodziców Tristana. Urody ich tańca w zwiewnych bialych szatach nie da się opisać. Czysta poezja. Sekundowali im z wielkim powodzeniem Wojciech Ślęzak – spokojny i zrównoważony Król Marek i opiekuńczy Gorwenal, nauczyciel Tristana – Sebastian Solecki. Ponury akcent wniosl swoją sceniczną osobowością Karol Urbanski obsadzony jako irlandzki wojownik Morchołt.
Scenografia była ledwie symboliczna, bardzo prosta i czysta, tylko delikatne projekcje podkreślały gdzieniegdzie treść np. Twarz Izoldy ukazywala sie w tle gdy Tristan opowiadał Markowi o pieknej księżniczce która nadawała by sie na królową Kornwalii. Wizualizacje mialy tylko ten minus ze np. Z 2 balkonu byly w większości niewidoczne. Jedyne co mi się nie podobało to czepiec z czarnyi kosmykami na glowie Ozyldy (świetnej Marty Fiedler) i czerwone wstążki na glowach kobiet-płomieni – upodobnialy tancerki do małych kogucików z grzebieniami na czubku głowy.
Wreszcie coś o całości spktaklu, o choreografii i zamyśle. Taniec jest tu głównie klasyczny, a jednocześnie mocno nieklasyczny. Po prostu od typowych póz baletowych jak arabeska czy piąta pozycja choreograf przechodzi do elastycznego ruchu rąk i korpusu, do wyrzutów nóg w „nieklasycznych” płaszczyznach. Jak słusznie zauważył wyzej Raoul, jest to liryczne, poetyczne i świeże, nie „odrzuci” miłośnika klasyki, ale i nie znudzi miłośnika tańca współczesnego. Zloty srodek? Nie wiem – po prostu wlasna droga, włsna gramatyka taneczna Krzysztofa Pastora. Sam spektakl jest bardzo symboliczny – nie zobczymy na scenie większości „scenek” opisanych w libretcie, a tylko ich znaki. Tristan nie płynie w lodzi do Izoldy, ale pozostje na scenie otoczony przez tancerki uosabiające siły natury. Nie walczy ze smokiem, nie jest „porwany” przez piratów, ale JEST to pokazane i zaznaczone przez wyraziste znaki. Sceny przechodzą z jednej w drugą bez przerw, prawie bez ściemnień i zatrzymań akcji. Wszystko spajają pojawienia sie Duchów Opiekuńczych, które odzwierciedlają cierpienia Tristana i starają się je koić.
Finał – pośmiertne spełnienie pary kochanków to prawdziwy majstersztyk. Zadziwiające że mimo żę tancerze oprócz wykonywania niemal akrobatycznych podnoszeń często sie rozdzielają to niemal widać łączącą ich i spajają miłość i namiętność. Zachwycające.
Soliści... To nawet trudno napisac ze byli perfekcyjni, bo przy takiej dawce emocji trudno skupiać się li tylko na technicznej stronie wykonania. Byli poruszający i wzruszający. Zwłaszcza duet „namiętności” na tle lustra-zastawki i finałowy duet „pośmiertny” były genialne! Mówię o Tristanie (Jan-Erik Wikstrom) i Izoldzie (Izabela Milewska). Oboje skończeni artysci odmalowujący tak tańcem jak i grą aktorską pełną paletę targających nimi uczuć. Drugą wspaniałą parę tworzyli Dominika Krysztoforska (Matka Tristana) i Siergiej Basałajew (Ojciec Tristana) , a raczej opiekuńcze duchy rodziców Tristana. Urody ich tańca w zwiewnych bialych szatach nie da się opisać. Czysta poezja. Sekundowali im z wielkim powodzeniem Wojciech Ślęzak – spokojny i zrównoważony Król Marek i opiekuńczy Gorwenal, nauczyciel Tristana – Sebastian Solecki. Ponury akcent wniosl swoją sceniczną osobowością Karol Urbanski obsadzony jako irlandzki wojownik Morchołt.
Scenografia była ledwie symboliczna, bardzo prosta i czysta, tylko delikatne projekcje podkreślały gdzieniegdzie treść np. Twarz Izoldy ukazywala sie w tle gdy Tristan opowiadał Markowi o pieknej księżniczce która nadawała by sie na królową Kornwalii. Wizualizacje mialy tylko ten minus ze np. Z 2 balkonu byly w większości niewidoczne. Jedyne co mi się nie podobało to czepiec z czarnyi kosmykami na glowie Ozyldy (świetnej Marty Fiedler) i czerwone wstążki na glowach kobiet-płomieni – upodobnialy tancerki do małych kogucików z grzebieniami na czubku głowy.
Wreszcie coś o całości spktaklu, o choreografii i zamyśle. Taniec jest tu głównie klasyczny, a jednocześnie mocno nieklasyczny. Po prostu od typowych póz baletowych jak arabeska czy piąta pozycja choreograf przechodzi do elastycznego ruchu rąk i korpusu, do wyrzutów nóg w „nieklasycznych” płaszczyznach. Jak słusznie zauważył wyzej Raoul, jest to liryczne, poetyczne i świeże, nie „odrzuci” miłośnika klasyki, ale i nie znudzi miłośnika tańca współczesnego. Zloty srodek? Nie wiem – po prostu wlasna droga, włsna gramatyka taneczna Krzysztofa Pastora. Sam spektakl jest bardzo symboliczny – nie zobczymy na scenie większości „scenek” opisanych w libretcie, a tylko ich znaki. Tristan nie płynie w lodzi do Izoldy, ale pozostje na scenie otoczony przez tancerki uosabiające siły natury. Nie walczy ze smokiem, nie jest „porwany” przez piratów, ale JEST to pokazane i zaznaczone przez wyraziste znaki. Sceny przechodzą z jednej w drugą bez przerw, prawie bez ściemnień i zatrzymań akcji. Wszystko spajają pojawienia sie Duchów Opiekuńczych, które odzwierciedlają cierpienia Tristana i starają się je koić.
Finał – pośmiertne spełnienie pary kochanków to prawdziwy majstersztyk. Zadziwiające że mimo żę tancerze oprócz wykonywania niemal akrobatycznych podnoszeń często sie rozdzielają to niemal widać łączącą ich i spajają miłość i namiętność. Zachwycające.
[quote:1e01ac8486]Narracyjny charakter tych scen rozmija się z klimatem muzyki Richarda Wagnera...[/quote:1e01ac8486]
???
Po raz kolejny zupełnie inaczej niż pan Marczyński odczuwam muzykę i taniec... :? Trzy przedstawienia i ja za każdym razem siedziałam tak samo zasłuchana i zapatrzona - od początku do końca przedstawienia...nie odczułam by się cokolwiek ze sobą rozmijało...
???
Po raz kolejny zupełnie inaczej niż pan Marczyński odczuwam muzykę i taniec... :? Trzy przedstawienia i ja za każdym razem siedziałam tak samo zasłuchana i zapatrzona - od początku do końca przedstawienia...nie odczułam by się cokolwiek ze sobą rozmijało...
-
Joanna Bednarczyk
- Posty: 549
- Rejestracja: sob lut 26, 2005 2:03 pm
M. szkoda że nasze drogi w warszawskiej operze się nie krzyżują :sad:
A co do spektaklu: ogólnie mi sie podobał ale pozostawił pewien niedosyt. Było kilka pieknych scen - szczególnie duety ale też momenty dramaturgicznie i choreograficznie słabsze. Bałam sie że kostiumy tak nagłosnione bedą sztuką dla sztuki ale uważam że Zieniowi udało sie stoworzyc plastycznie ciekawą całość. Oczywiście wielkie brawa dla wykonawców głównych ról.
A co do spektaklu: ogólnie mi sie podobał ale pozostawił pewien niedosyt. Było kilka pieknych scen - szczególnie duety ale też momenty dramaturgicznie i choreograficznie słabsze. Bałam sie że kostiumy tak nagłosnione bedą sztuką dla sztuki ale uważam że Zieniowi udało sie stoworzyc plastycznie ciekawą całość. Oczywiście wielkie brawa dla wykonawców głównych ról.
No to ja znów dorzucę info o Tristanie w szklanym pudelku zwanym telewizorem.
Otóż w ostatnia sobotę w Pegazie był dość duży nius o Tristanie.
Filip poza (w/g mnie) kilkoma niepotrzebnymi pytaniami o hip-hop poradził sobie prowadząc wywiady całkiem dobrze. Izabela Milewska uroczo opowiadała o swoim odbiorze tego baletu i trudzie przygotowania. A kostiumy nie przykryły całości ;)
Torin
p.s.
z ostatnich moich postów wynika, że nie robię nic innego ino ślęczę przed telewizorem tępo wgapiając się w ekran.
Otóż pragnę stanowczo zaprzeczyć, a nawet dosadnie odrzucić takie insynuacje :)
Po prostu Tristan mnie jakoś przyciąga qu sobie :)
(pewnie bardziej Izolda niż Tristan - tak już dla ścisłości ;) )
Otóż w ostatnia sobotę w Pegazie był dość duży nius o Tristanie.
Filip poza (w/g mnie) kilkoma niepotrzebnymi pytaniami o hip-hop poradził sobie prowadząc wywiady całkiem dobrze. Izabela Milewska uroczo opowiadała o swoim odbiorze tego baletu i trudzie przygotowania. A kostiumy nie przykryły całości ;)
Torin
p.s.
z ostatnich moich postów wynika, że nie robię nic innego ino ślęczę przed telewizorem tępo wgapiając się w ekran.
Otóż pragnę stanowczo zaprzeczyć, a nawet dosadnie odrzucić takie insynuacje :)
Po prostu Tristan mnie jakoś przyciąga qu sobie :)
(pewnie bardziej Izolda niż Tristan - tak już dla ścisłości ;) )