A ja Wam powiem, że tak jak nie jestem fanką przerabiania klasyki w różnych głośnych realizacjach (np. "Giselle" Eka szanuję, ale jej nie lubię :694:), to "Jezioro" Bourne'a mnie zachwyciło, poraziło i pozbawiło kontaktu z rzeczywistością na dobrych parę dni. Na oficjalnej stronie spektaklu jest hasło: "It will change the way you see ballet forever". Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami
Zacznę banalnie i babsko: chciałam zobaczyć moje ukochane "Jezioro" w wykonaniu samych facetów - chyba nie może być lepszej kombinacji, niż ulubiony balet w zdecydowanie męskiej obsadzie...Wiadomo, tańczących mężczyzn nigdy dosyć

Zastanawiało mnie jednak, jak bardzo zmiana płci i ról wpłynie na formę spektaklu.
Bourne zapewniał, że nie ma nic nieprawidłowego w obsadzeniu mężczyzny w roli łabędzia, a łabędź-kobieta to tak naprawdę baletowy stereotyp. Jego spektakl broni tej teorii. Tancerze doskonale odnaleźli się w partiach łabędzi, są silni i dumni, potrafią być agresywni, ale każdy ich ruch jest płynny i majestatyczny.
Relacja Książę-Łabędź moim zdaniem bardzo zyskała przez tę "jednopłciowość". Dzięki temu nie patrzymy na romansik-ramotkę, jaką bywają balety klasyczne (powiedzmy to sobie z całą szczerością), ale na prawdziwy, żywiołowy konflikt dwóch osobowości, burzę uczuć i niezwykle wyrafinowaną grę emocji.
Zestawienie ograniczonego konwenansami, zniechęconego chłodem dworu i sztywnymi oficjalnymi obowiązkami Księcia i wolnego, zmysłowego, nie zważającego na nic Łabędzia, będącego gdzies na pograniczu jawy i snu to nietypowe rozwiązanie Bourne'a na prowadzenie dobrze znanej fabuły: Łabędź jest alter ego Księcia, ucieleśnieniem tego, czego nie ma i nie może mieć, dlatego fascynuje go i pociąga. Pragnienie wolności i uczucia pokazane jest w spektaklu Bourne'a subtelnie i z wyczuciem, lecz jest wyraźne i poruszające.
Przełożenie bajkowego królestwa na monarchię jak najbardziej współczesną też jest genialnym rozwiązaniem, szczególnie w czasach tabloidów i portali plotkarskich. Chociaż Bourne zaprzecza, by piętnował brytyjską rodzinę królewską, da się zauważyć jego skłonność do krytyki rzeczywistości naszych czasów, przedstawioną zresztą bardzo przekonująco.
Tyle, jeżeli chodzi o reżyserię. Co do choreografii mam mniej entuzjastyczne odczucia, Bourne dziwnie prowadzi sceny zbiorowe, czasami miałam wrażenie, że panuje chaos. Z drugiej jednak strony potrafił nadać gestom genialny wyraz aktorski (tancerze w pas de quatre mieli zupełnie ptasie ruchy) czy wybrnąć z klasycznej choreografii (wspaniały, żywiołowy taniec męskiego corps zamiast 32 fouettes).
Najmocniejszą stroną spektaklu i powodem, dla którego warto go objerzeć jest Adam Cooper, i mogę to powiedzieć z całą stanowczością. Dawno nie widziałam tak charyzmatycznej osobowości scenicznej, zdolności technicznych (Boże, jakie ten facet ma przepiękne arabesques!) i interpretatorskich (różnica między romantycznym, czułym białym Łabędziem a drapieżnie seksownym czarnym). Rewelacja przez wielkie R.
Jednym słowem, da się przerobić klasykę klasyki na nową nutę, nie tylko nie zabijając jej charakteru, ale nawet dodając jej nowych znaczeń.