Dziadek do orzechów w Łodzi (recenzje prasowe i nasze oceny)
: ndz lis 21, 2010 2:42 pm
W związku z tym, że w okolicach świąt, jak na scenę wraca łódzki Dziadek, pojawiają się wrażenia z Dziadka porozrzucane gdzie się da, a potem znalezienia czegos graniczy z cudem, zakladam temat na wszystko, co dotyczy łódzkiego Dziadka.
Wklejam all recenzje z e-teatr, bo tam teraz dostep jest utrudniony, wiec tak bedzie wygodniej:
RECENZJE:
1. Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgia Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Bronisław Tumiłowicz w Przeglądzie.
"[b95]Sposób na urwisy"
[color=red95]Bronisław Tumiłowicz[/color95]Przegląd nr 46/16.11
13-11-2008[/b95]
«W łódzkim "Dziadku do orzechów" wszystko jest niby klasyczne, ale zarazem nowoczesne. Mamy więc wstrętne, rozkapryszone dzieciaki, które przychodzą z rodzicami na przyjęcie do znajomych. Groteska tego spotkania szokuje gryzącą czerwienią kostiumów i dekoracji. Przy okazji dowiadujemy się, że kary cielesne są dozwolone, ale gdy goście wychodzą, trafiamy do świata baśni o niezwykłej urodzie plastycznej, pełnego pogody i humoru. Zaprzyjaźniony z Łodzią włoski choreograf udowodnił po raz kolejny, że jego wyobraźnia (taneczna i sytuacyjna) pozwala przekraczać wszelkie granice. Wcześniej w "Śpiącej królewnie" przestrzegał młodzież przed narkotykami, teraz pokazuje siłę dziecięcych marzeń, która urzeka także dorosłych. Doskonały, oryginalny spektakl baletowy zaplanował jeszcze poprzedni dyrektor Kazimierz Kowalski i dobrze, że jego następca nie zrezygnował z tego punktu repertuaru. [u95]Kiedy żył Jerzy Waldorff, organizował specjalny pociąg z Warszawy do Łodzi na najwartościowsze przedstawienia. Dziś możemy tylko westchnąć do kolejowych wspomnień. A szkoda, bo czegoś równie pięknego w stolicy nie zobaczymy.»[/u95] [to mi sie poooodobaaaaa - moj przypis].
2. "Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgia Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Elżbieta Błaszkiewicz w Dzienniku - dodatku Kultura.
[b95]"Oniryczny pląs"
[color=red95]Elżbieta Błaszkiewicz[/color95]
Dziennik nr 261 online - dodatek Kultura
Link do źródła
07-11-2008[/b95]
«Kiedy Piotr Czajkowski dostał propozycję napisania muzyki do libretta "Dziadka do orzechów", nie był zachwycony. Fabuła baletu została oparta na francuskiej wersji przetłumaczonej z języka niemieckiego i zaadaptowanej przez Aleksandra Dumas (ojca) bajki. Historia dziewczynki, która spotyka wyśnionego księcia, wydawała się Czajkowskiemu infantylna. Giorgio Madia na scenie łódzkiego Teatru Wielkiego pokazał autorską wersję tego baletu, próbując oderwać go od konkretu i nadać uniwersalny wymiar. Zamysł był dobry, ale włoskiemu reżyserowi zabrakło pomysłów, jak go wypełnić na scenie.
W akcie pierwszym publiczność mogła przynajmniej pozachwycać się scenografią. Utrzymana w czerwono-fioletowych kolorach przestrzeń przypominająca stylistyką "Mechaniczną pomarańczę" Stanleya Kubricka początkowo zapowiadała niezwykłe wrażenia. Do tego odtwórcy głównych ról ubrani w zdecydowanie niekonwencjonalne kostiumy i peruki przywodzące na myśl lalki.
Opowieść rozpoczyna się w Wigilię. Pod choinkę mała Klara dostaje dziadka do orzechów, zabawkę, która później rozbudzi jej wyobraźnię. Choreografia w tej sekwencji jest niestety zdecydowanie najsłabsza w całym spektaklu. Brak jej lekkości i wdzięku. Przypomina raczej bezładne bieganie po scenie, a po chwili staje się zbyt statyczna. Po kilku minutach można się zacząć zastanawiać, czy po prostu nie wyjść. Dalej jest trochę lepiej. Klara zasypia i zabiera publiczność w oniryczną krainę snu. Cała historia, którą będziemy oglądać, to sen dziewczynki. Oto nagle pojawiają się przerażające myszy. Walczy z nimi dzielnie dziadek do orzechów, który zmienił się w człowieka. Przynajmniej tak wynikałoby z rozwiązań zastosowanych przez reżysera. Tylko z programu spektaklu wiemy, że jest to ojciec chrzestny Klary, ofiarodawca zabawki przypominający z wyglądu swój prezent. Ta sekwencja, choć lepsza od tego, co już widzieliśmy, nadal pozostawia spory niedosyt.
Koniec aktu pierwszego. W kolejnym Madia rezygnuje z bajkowych wątków, miedzy innymi ze spotkania z Cukrową Wróżką i jej dworem, który to wątek znajduje się w oryginalnym libretcie. Zamiast tego mamy podróż przez sześć kolejnych tańców: hiszpański, włoski, chiński, rosyjski arabski, francuski. Taki był pomysł Madii na zuniwersalizowanie tej historii. Pokazać różne kultury zestawione ze sobą w kolejnych sekwencjach. Elementem łączącym je jest Klara. Gdyby nie jej pojawianie się na scenie, równie dobrze można byłoby zatytułować akt drugi "Tańce z różnych kultur". Ogląda się je przyjemnie, jednak bez szczególnie silnych emocji. Brak oryginalnej, ciekawej choreografii wisi nad tym spektaklem jak gilotyna nad skazańcem.
Jeżeli chodzi o obsadę - instynkt na szczęście Madii nie zawiódł. Erina Nishitama jako Klara zgrabnie przechodzi od małej, rozradowanej na wigilii dziewczynki, do ukazania przerażenia spotkaniem z myszami. Zachwyca też urodą. Zresztą wszystkie role są trafnie obsadzone. Jednak to nie ratuje przedstawienia.
Giorgio Madia wcześniej na scenie łódzkiego Teatru Wielkiego zrealizował "Śpiącą królewnę" i "Kopciuszka". Pierwszy spektakl, choć nie do końca udany, pozostawiał w pamięci kilka naprawdę świetnych scen. Drugie przedstawienie było rewelacyjne. "Dziadek do orzechów" jest po prostu przeciętny.»
3. [b95]""Dziadek do orzechów" w Teatrze Wielkim[/b95]"
[b95][color=red95]Renata Sas[/color95]
Express Ilustrowany online
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
«Giorgio i Cordelia zaczarowali widownię. Wirujące śnieżne kulki piękniejsze od łabędzi, choinka niczym piramida z bombek, urokliwe boje ołowianych żołnierzyków... Długo można wymieniać to, co składa się na baśniową historię "Dziadka do orzechów" Piotra Czajkowskiego opowiedzianą przez Giorgia Madię (inscenizacja, choreografia i libretto) oraz Cordelię Matthes (dekoracje i kostiumy).
To teatralna opowieść przedstawiona ruchem, wysmakowana estetycznie gra obrazów, światła (uznanie dla Jerzego Stachowiaka). Ale kto oczekuje choreograficznej brawury, baletowych popisów ten pozostanie z niedosytem.
Opierając się na klasycznym libretcie, szkoda, że z muzyką z taśmy, Madia przedstawia własną bajkę o czekaniu na wigilię, choinkę i prezenty, o towarzyskim spotkaniu, podczas którego ożywają wyjęte z pudeł zabawki, o świecie, w który za sprawą dziadka do orzechów w swoim śnie wejdzie Klara.
Część pierwsza to, utrzymana w jednorodnej - nieco męczącej - czerwonej tonacji, teatralna opowieść o świątecznym domu. Finałowe, liryczne, śnieżne pas de deux w pięknym wykonaniu Moniki Maciejewskiej (przyjemność oglądać jak rozwija się jej talent) i Gintautasa Potockasa było bardzo obiecującą zapowiedzią tego, co będzie się działo w drugiej części, w krainie marzeń i snu.
Tańce napisane przez Czajkowskiego Madia zmienił w dopełnione humorem scenki. Hiszpańska opowiada np. o dziewczynie zachwyconej bykiem i byku będącym pod wrażeniem toreadora. W arabskiej tancerka (Olena Ponomarova) jest noszona na rękach i wije się między mężczyznami, w trepaku toasty wznoszą ruscy maładcy, we francuskiej kręcą biodrami miłośniczki bagietek i tną bułkę... gilotyną.
Madia stara się podkreślać radosny nastrój, ozdabiać swoje opowieści. Szczególnie celnie robi to wykorzystując w obrazach uczniów Szkoły Baletowej. Brawo nie tylko za dziecięcy wdzięk, ale sceniczną dyscyplinę, doskonałe wpisanie się w kolejne sytuacje - od walki małych żołnierzyków z groźnymi myszami poczynając, przez wirujące choinki, aniołki, Chińczyków.
Wszelkie teatralne walory "Dziadka do orzechów" powinny ustąpić pola baletowej maestrii w walcu kwiatów. Na tle zespołu tancerek pojawia się solistka (Jennifer Sarver) jakby wyjętej z programu Moulin Rouge. Efektowny widok. Interpretacja walca już jednak mniej (zabrakło precyzji).
Niedosyt zostawia najbardziej oczekiwane finałowe grand pas de deux Klary i Księcia. Madia nie zaproponował baletowego popisu (tańczyli Erina Nishitama i Piotr Ratajewski). W nastrojowym obrazku nie było zapierających dech piruetów ani skoków. Szkoda, ale jak sądzę, choreograf mierzył siły na wykonawcze możliwości.
Sumując wrażenia można mieć pewność, że inscenizacja, urokliwa jak tańczący śnieg, zdobędzie małych i dużych widzów. To dwie godziny w pięknym świecie podszytym bajkowymi marzeniami, z których nigdy się nie wyrasta.»
4. [b95]"Książeczka z obrazkami"
[color=red95]Michał Lenarciński[/color95]Polska Dziennik Łódzki nr 246
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
Książeczka z obrazkami
"Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgia Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Michał Lenarciński w Polsce Dzienniku Łódzkim.
«Publiczność klaskała w pulsujący rytm muzyki, tancerze kłaniali się wytrwale wcześniej tańcząc niemal do upadłego, bileterzy wręczali kwiaty, a Giorgio Madia (twórca "Dziadka do orzechów" - najnowszej premiery wciąż jeszcze Teatru Wielkiego w Łodzi) rozdawał uśmiechy i dziękował wykonawcom. Finał z ukłonami był prawdziwą feerią, która próbowała wymazać z pamięci poprzedzające ją niemal dwie godziny.
Oczekujący wyłącznie rozrywki byli kontenci, ale już ci, którzy oczekiwali twórczej wypowiedzi artystycznej Madii, zawiedli się srodze. Podziwiam talent Giorgia Madii, jego wysublimowany gust, finezję, wyobraźnię, elegancję i dowcip. Rękami i nogami głosowałem za Złotymi Maskami, które przyznawali mu łódzcy recenzenci za estetykę "Śpiącej królewny", za "Kopciuszka", za znakomitą inscenizację "Opowieści Hoffmanna". Niestety, nie mogę pisać recenzji z bezkrytycznym uwielbieniem.
"Dziadek do orzechów" to najsłabsza realizacja Madii, jaką widziałem. Pod pozorami bogactwa pomysłów kryjąca pustkę intelektualną i choreograficzną. Madia, dokonując reinterpretacji "Dziadka", nie wyjawia jej powodu. Nowoczesny, skąpany w czerwieni akt pierwszy nie odpowiada na pytanie, dlaczego na scenie panuje bardzo ożywione zamieszanie, groteskowa gestyka charakteryzuje typy, a nie zbiorowość, nie wiem wreszcie, dlaczego pierwsze taneczne pas pojawia się dopiero w czterdziestej minucie przedstawienia? Ja, podobnie jak Madia (który tańczył u Bejarta), zgadzam się z twórcą Baletu XX wieku, że taniec jest sztuką filozoficzną, a ruch jest aktem myśli. Jednak gdy u Bejarta ważna, o ile nie najważniejsza, była łączność motywacji wewnętrznej z językiem ciała, to u Giorgia Madii w tej kwestii panuje swoboda. I jest to eufemizm.
Mamy więc widoczki z mniej lub bardziej dowcipnymi cytatami z popkultury, trochę seksualności, sporo infantylizmu, groteski i przemieszania techniki klasycznej z demiklasyczną. Klara pozostaje śniącą dziewczynką, żołnierzyki pokonują Króla myszy, kwiaty wirują walca, a w tańcu hiszpańskim byk kocha toreadora. I co z tego? Nic, tak samo jak z czerwonej, skonstruowanej z piłek choinki i płatków śniegu opadających na proscenium.
Osobną kwestią jest choreograficzna realizacja owej "reinterpretacji". I tu jest jeszcze gorzej, bowiem Giorgio Madia brak inwencji zastępuje sytuacyjnym dowcipem i grepsem. Niestety, żart, nawet najlepszy, nie zastąpi układu choreograficznego. Żart, żeby w balecie naprawdę był zabawny, współcześnie trzeba zatańczyć, a nie - jak trwoga, to do Boga - posiłkować się klasyczną gestyką, którą zresztą samemu traktuje się z uśmiechem pobłażania.
Madia jest wyczulony na łódzką publiczność, więc wie, że trzeba dać jej pyszne obrazy i coś, co na pewno trafi do serc złaknionych Princa i Princessy. I daje: klasyczne grand pas de deux w II akcie. Ułożone prościutko, nietrudne. I z podziwu godnym mozołem, w czoła pocie, zatańczone przez Erinę Nishitamę i Piotra Ratajewskiego. Z wdziękiem i lekkością swoje pas de deux - śnieżne - zatańczyli Gintautas Potockas i Monika Maciejewska, chyba jedyni w tym przedstawieniu wrażliwi na muzykę Piotra Czajkowskiego.
Z wdziękiem również zaprojektowała dekoracje i kostiumy Cordelia Matthes, utrzymując spektakl w konwencji żartu z tradycyjnego przepychu, samym przepychem jednocześnie posługując się. Trochę taka autoironia, ale ze smakiem. I w sumie odebrała spektakl Madii, dając widzom do oglądania książkę z pięknymi obrazkami, których choreograf nie ożywił tańcem.
Tak jak rozczarował mnie spektakl Giorgia Madii (już życzę mu weny i wielkiego powodzenia w "Jeziorze łabędzim", które przygotuje na inaugurację przyszłorocznych XX Łódzkich Spotkań Baletowych w Teatrze Wielkim), tak zdumiała okładka programu i wkładka obsadowa. Otóż w miejscu nazwy Teatr Wielki w Łodzi pojawił się napis Opera Łódź. Nie bardzo rozumiem, czy Teatr Wielki z ponadczterdziestoletnią tradycją musi podszywać się pod coś, co nie istnieje? Czym jest bezprawne posługiwanie się nigdzie nie zarejestrowaną nazwą?»
[b95]"Bajkowy sen Klary"
[color=red95]Adam Czopek[/color95]
Nasz Dziennik nr 246
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
Bajkowy sen Klary
"Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgio Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Adam Czopek w Naszym Dzienniku.
«Miłośnik baletowej klasyki wyjdzie z tego przedstawienia mocno zawiedziony. Jednak nie można odmówić choreografowi umiejętności łączenia tańca klasycznego z elementami i formą tańca współczesnego oraz charakterystycznego. Spektakl dostosowany jest do dziecięcej wyobraźni, bez cienia agresji, z wielką fantazją i radością.
"Dziadek do orzechów" jest niemal w zupełności pozbawiony fabuły, a swoje powodzenie od ponad 130 lat zawdzięcza wspaniałej muzyce Piotra Czajkowskiego, przepychowi inscenizacji, kunsztowi scenografów, wyobraźni choreografów i autorów kostiumów. No i - a może jednak przede wszystkim - tancerzy. W Łodzi mamy wszystkiego po trochu, ale najbardziej sprawdziła się wyobraźnia scenografa, który stworzył piękną, lekką dekorację i fantazyjne kostiumy. Pierwszy akt utrzymany jest w kolorze ostrej czerwieni, drugi srebrzystej bieli, na tle której świetnie prezentowały się kolorowe kostiumy. Najmniej tańca klasycznego mamy w pierwszym akcie, gdzie możemy podziwiać gości zebranych w wigilijny wieczór w salonie rodziców Klary i Fritza. Stos prezentów i dzieci, które tłumnie wypełniają niemal całą przestrzeń, nadają ton i żywiołowość temu, co dzieje się na scenie. Najważniejszą postacią świątecznego przyjęcia staje się spóźniony Drosselmeyer, ojciec chrzestny Klary. To od niego Klara otrzymuje tytułowego dziadka do orzechów, który ożyje w jej śnie. W tej scenie króluje współczesny ruch i taniec charakterystyczny.
Tańce narodowe w drugim akcie zostały zmienione na właściwe prezentowanemu krajowi scenki rodzajowe rysowane przez choreografa z dużym poczuciem humoru. Jednym ukłonem w stronę klasyki był walc kwiatów i finałowe Grand pas de deux. Niestety, walc bezlitośnie obnażył braki techniczne łódzkich tancerek, którym taniec na puentach sprawia niemałe trudności, podobnie jak równość wykonywania tanecznych pas. Podobnie było w finale, gdzie taniec Eriny Nishitama i Piotra Ratajewskiego daleki był od doskonałości. W pewnym momencie niewiele brakowało, by tancerz upuścił tancerkę. Świetnie sprawdził się udział dzieci w tym balecie. Nikt tak dobrze nie wykreowałby najmniejszych bohaterów widowiska, myszek i ołowianych żołnierzyków, płatków śniegu, urokliwych aniołków, jak uczniowie łódzkiej Szkoły Baletowej im. F. Parnela. Dzięki nim to przedstawienie ma wdzięk i świeżość.»
[b95]"Taniec z cekinami i barszcz ze śniegiem"
[color=red95]Leszek Karczewski[/color95]
Gazeta Wyborcza Łódź nr 246
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
Taniec z cekinami i barszcz ze śniegiem
"Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgio Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Leszek Karczewski w Gazecie Wyborczej - Łódź.
«"Dziadek do orzechów" Giorgia Madii to oszałamiający wizją i dowcipem początek, łańcuszek stereotypowych żartów i akademicki finał, nie wiadomo w jakiej sprawie. Trudny orzech do zgryzienia
W "Dziadku to orzechów", balecie Piotra Czajkowskiej zrealizowanym przez Giorgia Madię, pierwszy obraz jest wspaniałym estetycznym szokiem. Oto świąteczne przyjęcie u Silberhausów (to na nim Klara od ojca chrzestnego, Drosselmeyera, dostaje tytułową drewnianą zabawkę). Scenografka Cordelia Matthes znalazła jeden kolor - krzykliwą czerwień, zderzoną w barwnych katastrofach z różem i fioletem. Niemal monochromatyczna przestrzeń to znakomita, syntetyczna kpina i zarazem portret świątecznych dekoracji. Imponuje także empatyczna choreografia Madii, która ukrywa rzemieślnicze niedostatki za kapitalnymi pomysłami buffo. "Marsz żołnierzy ołowianych" zmienia się tu w zabawę piłkami (naturalnie czerwonymi), które rytmicznie podskakują po scenie. Z równym wdziękiem choreograf wprowadza na scenę dzieci, które w dalszych częściach spektaklu zjawiają się w przebraniu choinek albo jako mali Chińczycy podskakują w miejscu, niemal zawisając w powietrzu.
Inscenizator i choreograf wykorzystuje swój znak rozpoznawczy - zabawę stereotypami, tym razem z różnym skutkiem. Linearne libretto suity Czajkowskiego - podróż przez świąteczny sen Klary - zmienia spektakl w łańcuszek popisów. Konwencja do złudzenia przypomina program "Mam talent". Tyle że w oryginalnym formacie jurorzy dysponują humanitarną możliwością przerwania występu. W "Wielkim" o długości decyduje odtwarzana z taśmy (niestety) muzyka Piotra Czajkowskiego... Więc w żartobliwym trepaku każde salto wykonywane jest tylko po to, by wódka mogła trafić z kieliszka do spragnionych ruskich gardzieli. W tańcu arabskim hurysa-guma, nie muskając posadzki nawet koniuszkiem stopy, jest składana i rozwijana jak arcydżdżownica przez czworga partnerów (niestety, żart zostaje spaprany bezsensownym postawieniem tancerki na podłodze). Fabułki o Włochach, powielające portret jurnych samców, którzy wciąż nie odcięli maminych pępowin czy o różowych paryżankach pijących perfumy nie bawią wcale. A "walc kwiatów", walcowany z różnoraką precyzją przez solistkę na tle walcującego chóru, po prostu nużu.
Im dalej w śnieżny las "Dziadka do orzechów", tym inscenizacyjne pomysły stają się coraz bardziej powierzchowne, a gra z tandetą nieopacznie zmienia się w sam blichtr. Gigantyczne cekiny, pokrywające kulisy, stają się po prostu czczą błyskotką. A sztuczny śnieg, wystrzeliwany nad widownię, to już naprawdę drugi grzyb w świąteczny barszcz: oprócz niemal niewidocznych płatków armatki produkują głośne buczenie. Ale frenetyczne brawa premierowej publiczności, reakcje wprost z widowni operetek dowodzą, że Madia zaskarbił sobie serca smakoszy rzeczy lekkostrawnych. Tzn. barszczu ze śniegiem.
W programie Jagoda Ignaczak przypomina współczesne inscenizacje suity: intymną, psychoanalityczną podróż Maurice Bejarta i antykonsumpcyjną satyrę na glamour Matthew Burne'a. Choć spektakl Madii jest spójny - bo narracja powtarza libretto, organizowane klamrą snu, a kolejne przywidzenia jak prezent opakowuje błyszcząca scenografia Cordelii Matthes - to trudno orzec, o czym traktuje. Finałowe grand pas de deux spłaca serwilny obowiązek wobec baletowej tradycji: to klasyczny układ precyzyjnie wykonany przez Erinę Nishitamę i Piotra Ratajewskiego. Czyżby "Dziadek..." Madii był dwugodzinnym przedstawieniem o tańczeniu z gwiazdami? A może to smutna konstatacja reżysera o kondycji naszych świątecznych marzeń?»
Wklejam all recenzje z e-teatr, bo tam teraz dostep jest utrudniony, wiec tak bedzie wygodniej:
RECENZJE:
1. Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgia Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Bronisław Tumiłowicz w Przeglądzie.
"[b95]Sposób na urwisy"
[color=red95]Bronisław Tumiłowicz[/color95]Przegląd nr 46/16.11
13-11-2008[/b95]
«W łódzkim "Dziadku do orzechów" wszystko jest niby klasyczne, ale zarazem nowoczesne. Mamy więc wstrętne, rozkapryszone dzieciaki, które przychodzą z rodzicami na przyjęcie do znajomych. Groteska tego spotkania szokuje gryzącą czerwienią kostiumów i dekoracji. Przy okazji dowiadujemy się, że kary cielesne są dozwolone, ale gdy goście wychodzą, trafiamy do świata baśni o niezwykłej urodzie plastycznej, pełnego pogody i humoru. Zaprzyjaźniony z Łodzią włoski choreograf udowodnił po raz kolejny, że jego wyobraźnia (taneczna i sytuacyjna) pozwala przekraczać wszelkie granice. Wcześniej w "Śpiącej królewnie" przestrzegał młodzież przed narkotykami, teraz pokazuje siłę dziecięcych marzeń, która urzeka także dorosłych. Doskonały, oryginalny spektakl baletowy zaplanował jeszcze poprzedni dyrektor Kazimierz Kowalski i dobrze, że jego następca nie zrezygnował z tego punktu repertuaru. [u95]Kiedy żył Jerzy Waldorff, organizował specjalny pociąg z Warszawy do Łodzi na najwartościowsze przedstawienia. Dziś możemy tylko westchnąć do kolejowych wspomnień. A szkoda, bo czegoś równie pięknego w stolicy nie zobaczymy.»[/u95] [to mi sie poooodobaaaaa - moj przypis].
2. "Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgia Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Elżbieta Błaszkiewicz w Dzienniku - dodatku Kultura.
[b95]"Oniryczny pląs"
[color=red95]Elżbieta Błaszkiewicz[/color95]
Dziennik nr 261 online - dodatek Kultura
Link do źródła
07-11-2008[/b95]
«Kiedy Piotr Czajkowski dostał propozycję napisania muzyki do libretta "Dziadka do orzechów", nie był zachwycony. Fabuła baletu została oparta na francuskiej wersji przetłumaczonej z języka niemieckiego i zaadaptowanej przez Aleksandra Dumas (ojca) bajki. Historia dziewczynki, która spotyka wyśnionego księcia, wydawała się Czajkowskiemu infantylna. Giorgio Madia na scenie łódzkiego Teatru Wielkiego pokazał autorską wersję tego baletu, próbując oderwać go od konkretu i nadać uniwersalny wymiar. Zamysł był dobry, ale włoskiemu reżyserowi zabrakło pomysłów, jak go wypełnić na scenie.
W akcie pierwszym publiczność mogła przynajmniej pozachwycać się scenografią. Utrzymana w czerwono-fioletowych kolorach przestrzeń przypominająca stylistyką "Mechaniczną pomarańczę" Stanleya Kubricka początkowo zapowiadała niezwykłe wrażenia. Do tego odtwórcy głównych ról ubrani w zdecydowanie niekonwencjonalne kostiumy i peruki przywodzące na myśl lalki.
Opowieść rozpoczyna się w Wigilię. Pod choinkę mała Klara dostaje dziadka do orzechów, zabawkę, która później rozbudzi jej wyobraźnię. Choreografia w tej sekwencji jest niestety zdecydowanie najsłabsza w całym spektaklu. Brak jej lekkości i wdzięku. Przypomina raczej bezładne bieganie po scenie, a po chwili staje się zbyt statyczna. Po kilku minutach można się zacząć zastanawiać, czy po prostu nie wyjść. Dalej jest trochę lepiej. Klara zasypia i zabiera publiczność w oniryczną krainę snu. Cała historia, którą będziemy oglądać, to sen dziewczynki. Oto nagle pojawiają się przerażające myszy. Walczy z nimi dzielnie dziadek do orzechów, który zmienił się w człowieka. Przynajmniej tak wynikałoby z rozwiązań zastosowanych przez reżysera. Tylko z programu spektaklu wiemy, że jest to ojciec chrzestny Klary, ofiarodawca zabawki przypominający z wyglądu swój prezent. Ta sekwencja, choć lepsza od tego, co już widzieliśmy, nadal pozostawia spory niedosyt.
Koniec aktu pierwszego. W kolejnym Madia rezygnuje z bajkowych wątków, miedzy innymi ze spotkania z Cukrową Wróżką i jej dworem, który to wątek znajduje się w oryginalnym libretcie. Zamiast tego mamy podróż przez sześć kolejnych tańców: hiszpański, włoski, chiński, rosyjski arabski, francuski. Taki był pomysł Madii na zuniwersalizowanie tej historii. Pokazać różne kultury zestawione ze sobą w kolejnych sekwencjach. Elementem łączącym je jest Klara. Gdyby nie jej pojawianie się na scenie, równie dobrze można byłoby zatytułować akt drugi "Tańce z różnych kultur". Ogląda się je przyjemnie, jednak bez szczególnie silnych emocji. Brak oryginalnej, ciekawej choreografii wisi nad tym spektaklem jak gilotyna nad skazańcem.
Jeżeli chodzi o obsadę - instynkt na szczęście Madii nie zawiódł. Erina Nishitama jako Klara zgrabnie przechodzi od małej, rozradowanej na wigilii dziewczynki, do ukazania przerażenia spotkaniem z myszami. Zachwyca też urodą. Zresztą wszystkie role są trafnie obsadzone. Jednak to nie ratuje przedstawienia.
Giorgio Madia wcześniej na scenie łódzkiego Teatru Wielkiego zrealizował "Śpiącą królewnę" i "Kopciuszka". Pierwszy spektakl, choć nie do końca udany, pozostawiał w pamięci kilka naprawdę świetnych scen. Drugie przedstawienie było rewelacyjne. "Dziadek do orzechów" jest po prostu przeciętny.»
3. [b95]""Dziadek do orzechów" w Teatrze Wielkim[/b95]"
[b95][color=red95]Renata Sas[/color95]
Express Ilustrowany online
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
«Giorgio i Cordelia zaczarowali widownię. Wirujące śnieżne kulki piękniejsze od łabędzi, choinka niczym piramida z bombek, urokliwe boje ołowianych żołnierzyków... Długo można wymieniać to, co składa się na baśniową historię "Dziadka do orzechów" Piotra Czajkowskiego opowiedzianą przez Giorgia Madię (inscenizacja, choreografia i libretto) oraz Cordelię Matthes (dekoracje i kostiumy).
To teatralna opowieść przedstawiona ruchem, wysmakowana estetycznie gra obrazów, światła (uznanie dla Jerzego Stachowiaka). Ale kto oczekuje choreograficznej brawury, baletowych popisów ten pozostanie z niedosytem.
Opierając się na klasycznym libretcie, szkoda, że z muzyką z taśmy, Madia przedstawia własną bajkę o czekaniu na wigilię, choinkę i prezenty, o towarzyskim spotkaniu, podczas którego ożywają wyjęte z pudeł zabawki, o świecie, w który za sprawą dziadka do orzechów w swoim śnie wejdzie Klara.
Część pierwsza to, utrzymana w jednorodnej - nieco męczącej - czerwonej tonacji, teatralna opowieść o świątecznym domu. Finałowe, liryczne, śnieżne pas de deux w pięknym wykonaniu Moniki Maciejewskiej (przyjemność oglądać jak rozwija się jej talent) i Gintautasa Potockasa było bardzo obiecującą zapowiedzią tego, co będzie się działo w drugiej części, w krainie marzeń i snu.
Tańce napisane przez Czajkowskiego Madia zmienił w dopełnione humorem scenki. Hiszpańska opowiada np. o dziewczynie zachwyconej bykiem i byku będącym pod wrażeniem toreadora. W arabskiej tancerka (Olena Ponomarova) jest noszona na rękach i wije się między mężczyznami, w trepaku toasty wznoszą ruscy maładcy, we francuskiej kręcą biodrami miłośniczki bagietek i tną bułkę... gilotyną.
Madia stara się podkreślać radosny nastrój, ozdabiać swoje opowieści. Szczególnie celnie robi to wykorzystując w obrazach uczniów Szkoły Baletowej. Brawo nie tylko za dziecięcy wdzięk, ale sceniczną dyscyplinę, doskonałe wpisanie się w kolejne sytuacje - od walki małych żołnierzyków z groźnymi myszami poczynając, przez wirujące choinki, aniołki, Chińczyków.
Wszelkie teatralne walory "Dziadka do orzechów" powinny ustąpić pola baletowej maestrii w walcu kwiatów. Na tle zespołu tancerek pojawia się solistka (Jennifer Sarver) jakby wyjętej z programu Moulin Rouge. Efektowny widok. Interpretacja walca już jednak mniej (zabrakło precyzji).
Niedosyt zostawia najbardziej oczekiwane finałowe grand pas de deux Klary i Księcia. Madia nie zaproponował baletowego popisu (tańczyli Erina Nishitama i Piotr Ratajewski). W nastrojowym obrazku nie było zapierających dech piruetów ani skoków. Szkoda, ale jak sądzę, choreograf mierzył siły na wykonawcze możliwości.
Sumując wrażenia można mieć pewność, że inscenizacja, urokliwa jak tańczący śnieg, zdobędzie małych i dużych widzów. To dwie godziny w pięknym świecie podszytym bajkowymi marzeniami, z których nigdy się nie wyrasta.»
4. [b95]"Książeczka z obrazkami"
[color=red95]Michał Lenarciński[/color95]Polska Dziennik Łódzki nr 246
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
Książeczka z obrazkami
"Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgia Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Michał Lenarciński w Polsce Dzienniku Łódzkim.
«Publiczność klaskała w pulsujący rytm muzyki, tancerze kłaniali się wytrwale wcześniej tańcząc niemal do upadłego, bileterzy wręczali kwiaty, a Giorgio Madia (twórca "Dziadka do orzechów" - najnowszej premiery wciąż jeszcze Teatru Wielkiego w Łodzi) rozdawał uśmiechy i dziękował wykonawcom. Finał z ukłonami był prawdziwą feerią, która próbowała wymazać z pamięci poprzedzające ją niemal dwie godziny.
Oczekujący wyłącznie rozrywki byli kontenci, ale już ci, którzy oczekiwali twórczej wypowiedzi artystycznej Madii, zawiedli się srodze. Podziwiam talent Giorgia Madii, jego wysublimowany gust, finezję, wyobraźnię, elegancję i dowcip. Rękami i nogami głosowałem za Złotymi Maskami, które przyznawali mu łódzcy recenzenci za estetykę "Śpiącej królewny", za "Kopciuszka", za znakomitą inscenizację "Opowieści Hoffmanna". Niestety, nie mogę pisać recenzji z bezkrytycznym uwielbieniem.
"Dziadek do orzechów" to najsłabsza realizacja Madii, jaką widziałem. Pod pozorami bogactwa pomysłów kryjąca pustkę intelektualną i choreograficzną. Madia, dokonując reinterpretacji "Dziadka", nie wyjawia jej powodu. Nowoczesny, skąpany w czerwieni akt pierwszy nie odpowiada na pytanie, dlaczego na scenie panuje bardzo ożywione zamieszanie, groteskowa gestyka charakteryzuje typy, a nie zbiorowość, nie wiem wreszcie, dlaczego pierwsze taneczne pas pojawia się dopiero w czterdziestej minucie przedstawienia? Ja, podobnie jak Madia (który tańczył u Bejarta), zgadzam się z twórcą Baletu XX wieku, że taniec jest sztuką filozoficzną, a ruch jest aktem myśli. Jednak gdy u Bejarta ważna, o ile nie najważniejsza, była łączność motywacji wewnętrznej z językiem ciała, to u Giorgia Madii w tej kwestii panuje swoboda. I jest to eufemizm.
Mamy więc widoczki z mniej lub bardziej dowcipnymi cytatami z popkultury, trochę seksualności, sporo infantylizmu, groteski i przemieszania techniki klasycznej z demiklasyczną. Klara pozostaje śniącą dziewczynką, żołnierzyki pokonują Króla myszy, kwiaty wirują walca, a w tańcu hiszpańskim byk kocha toreadora. I co z tego? Nic, tak samo jak z czerwonej, skonstruowanej z piłek choinki i płatków śniegu opadających na proscenium.
Osobną kwestią jest choreograficzna realizacja owej "reinterpretacji". I tu jest jeszcze gorzej, bowiem Giorgio Madia brak inwencji zastępuje sytuacyjnym dowcipem i grepsem. Niestety, żart, nawet najlepszy, nie zastąpi układu choreograficznego. Żart, żeby w balecie naprawdę był zabawny, współcześnie trzeba zatańczyć, a nie - jak trwoga, to do Boga - posiłkować się klasyczną gestyką, którą zresztą samemu traktuje się z uśmiechem pobłażania.
Madia jest wyczulony na łódzką publiczność, więc wie, że trzeba dać jej pyszne obrazy i coś, co na pewno trafi do serc złaknionych Princa i Princessy. I daje: klasyczne grand pas de deux w II akcie. Ułożone prościutko, nietrudne. I z podziwu godnym mozołem, w czoła pocie, zatańczone przez Erinę Nishitamę i Piotra Ratajewskiego. Z wdziękiem i lekkością swoje pas de deux - śnieżne - zatańczyli Gintautas Potockas i Monika Maciejewska, chyba jedyni w tym przedstawieniu wrażliwi na muzykę Piotra Czajkowskiego.
Z wdziękiem również zaprojektowała dekoracje i kostiumy Cordelia Matthes, utrzymując spektakl w konwencji żartu z tradycyjnego przepychu, samym przepychem jednocześnie posługując się. Trochę taka autoironia, ale ze smakiem. I w sumie odebrała spektakl Madii, dając widzom do oglądania książkę z pięknymi obrazkami, których choreograf nie ożywił tańcem.
Tak jak rozczarował mnie spektakl Giorgia Madii (już życzę mu weny i wielkiego powodzenia w "Jeziorze łabędzim", które przygotuje na inaugurację przyszłorocznych XX Łódzkich Spotkań Baletowych w Teatrze Wielkim), tak zdumiała okładka programu i wkładka obsadowa. Otóż w miejscu nazwy Teatr Wielki w Łodzi pojawił się napis Opera Łódź. Nie bardzo rozumiem, czy Teatr Wielki z ponadczterdziestoletnią tradycją musi podszywać się pod coś, co nie istnieje? Czym jest bezprawne posługiwanie się nigdzie nie zarejestrowaną nazwą?»
[b95]"Bajkowy sen Klary"
[color=red95]Adam Czopek[/color95]
Nasz Dziennik nr 246
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
Bajkowy sen Klary
"Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgio Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Adam Czopek w Naszym Dzienniku.
«Miłośnik baletowej klasyki wyjdzie z tego przedstawienia mocno zawiedziony. Jednak nie można odmówić choreografowi umiejętności łączenia tańca klasycznego z elementami i formą tańca współczesnego oraz charakterystycznego. Spektakl dostosowany jest do dziecięcej wyobraźni, bez cienia agresji, z wielką fantazją i radością.
"Dziadek do orzechów" jest niemal w zupełności pozbawiony fabuły, a swoje powodzenie od ponad 130 lat zawdzięcza wspaniałej muzyce Piotra Czajkowskiego, przepychowi inscenizacji, kunsztowi scenografów, wyobraźni choreografów i autorów kostiumów. No i - a może jednak przede wszystkim - tancerzy. W Łodzi mamy wszystkiego po trochu, ale najbardziej sprawdziła się wyobraźnia scenografa, który stworzył piękną, lekką dekorację i fantazyjne kostiumy. Pierwszy akt utrzymany jest w kolorze ostrej czerwieni, drugi srebrzystej bieli, na tle której świetnie prezentowały się kolorowe kostiumy. Najmniej tańca klasycznego mamy w pierwszym akcie, gdzie możemy podziwiać gości zebranych w wigilijny wieczór w salonie rodziców Klary i Fritza. Stos prezentów i dzieci, które tłumnie wypełniają niemal całą przestrzeń, nadają ton i żywiołowość temu, co dzieje się na scenie. Najważniejszą postacią świątecznego przyjęcia staje się spóźniony Drosselmeyer, ojciec chrzestny Klary. To od niego Klara otrzymuje tytułowego dziadka do orzechów, który ożyje w jej śnie. W tej scenie króluje współczesny ruch i taniec charakterystyczny.
Tańce narodowe w drugim akcie zostały zmienione na właściwe prezentowanemu krajowi scenki rodzajowe rysowane przez choreografa z dużym poczuciem humoru. Jednym ukłonem w stronę klasyki był walc kwiatów i finałowe Grand pas de deux. Niestety, walc bezlitośnie obnażył braki techniczne łódzkich tancerek, którym taniec na puentach sprawia niemałe trudności, podobnie jak równość wykonywania tanecznych pas. Podobnie było w finale, gdzie taniec Eriny Nishitama i Piotra Ratajewskiego daleki był od doskonałości. W pewnym momencie niewiele brakowało, by tancerz upuścił tancerkę. Świetnie sprawdził się udział dzieci w tym balecie. Nikt tak dobrze nie wykreowałby najmniejszych bohaterów widowiska, myszek i ołowianych żołnierzyków, płatków śniegu, urokliwych aniołków, jak uczniowie łódzkiej Szkoły Baletowej im. F. Parnela. Dzięki nim to przedstawienie ma wdzięk i świeżość.»
[b95]"Taniec z cekinami i barszcz ze śniegiem"
[color=red95]Leszek Karczewski[/color95]
Gazeta Wyborcza Łódź nr 246
Link do źródła
20-10-2008[/b95]
Taniec z cekinami i barszcz ze śniegiem
"Dziadek do orzechów" w choreogr. Giorgio Madii w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Leszek Karczewski w Gazecie Wyborczej - Łódź.
«"Dziadek do orzechów" Giorgia Madii to oszałamiający wizją i dowcipem początek, łańcuszek stereotypowych żartów i akademicki finał, nie wiadomo w jakiej sprawie. Trudny orzech do zgryzienia
W "Dziadku to orzechów", balecie Piotra Czajkowskiej zrealizowanym przez Giorgia Madię, pierwszy obraz jest wspaniałym estetycznym szokiem. Oto świąteczne przyjęcie u Silberhausów (to na nim Klara od ojca chrzestnego, Drosselmeyera, dostaje tytułową drewnianą zabawkę). Scenografka Cordelia Matthes znalazła jeden kolor - krzykliwą czerwień, zderzoną w barwnych katastrofach z różem i fioletem. Niemal monochromatyczna przestrzeń to znakomita, syntetyczna kpina i zarazem portret świątecznych dekoracji. Imponuje także empatyczna choreografia Madii, która ukrywa rzemieślnicze niedostatki za kapitalnymi pomysłami buffo. "Marsz żołnierzy ołowianych" zmienia się tu w zabawę piłkami (naturalnie czerwonymi), które rytmicznie podskakują po scenie. Z równym wdziękiem choreograf wprowadza na scenę dzieci, które w dalszych częściach spektaklu zjawiają się w przebraniu choinek albo jako mali Chińczycy podskakują w miejscu, niemal zawisając w powietrzu.
Inscenizator i choreograf wykorzystuje swój znak rozpoznawczy - zabawę stereotypami, tym razem z różnym skutkiem. Linearne libretto suity Czajkowskiego - podróż przez świąteczny sen Klary - zmienia spektakl w łańcuszek popisów. Konwencja do złudzenia przypomina program "Mam talent". Tyle że w oryginalnym formacie jurorzy dysponują humanitarną możliwością przerwania występu. W "Wielkim" o długości decyduje odtwarzana z taśmy (niestety) muzyka Piotra Czajkowskiego... Więc w żartobliwym trepaku każde salto wykonywane jest tylko po to, by wódka mogła trafić z kieliszka do spragnionych ruskich gardzieli. W tańcu arabskim hurysa-guma, nie muskając posadzki nawet koniuszkiem stopy, jest składana i rozwijana jak arcydżdżownica przez czworga partnerów (niestety, żart zostaje spaprany bezsensownym postawieniem tancerki na podłodze). Fabułki o Włochach, powielające portret jurnych samców, którzy wciąż nie odcięli maminych pępowin czy o różowych paryżankach pijących perfumy nie bawią wcale. A "walc kwiatów", walcowany z różnoraką precyzją przez solistkę na tle walcującego chóru, po prostu nużu.
Im dalej w śnieżny las "Dziadka do orzechów", tym inscenizacyjne pomysły stają się coraz bardziej powierzchowne, a gra z tandetą nieopacznie zmienia się w sam blichtr. Gigantyczne cekiny, pokrywające kulisy, stają się po prostu czczą błyskotką. A sztuczny śnieg, wystrzeliwany nad widownię, to już naprawdę drugi grzyb w świąteczny barszcz: oprócz niemal niewidocznych płatków armatki produkują głośne buczenie. Ale frenetyczne brawa premierowej publiczności, reakcje wprost z widowni operetek dowodzą, że Madia zaskarbił sobie serca smakoszy rzeczy lekkostrawnych. Tzn. barszczu ze śniegiem.
W programie Jagoda Ignaczak przypomina współczesne inscenizacje suity: intymną, psychoanalityczną podróż Maurice Bejarta i antykonsumpcyjną satyrę na glamour Matthew Burne'a. Choć spektakl Madii jest spójny - bo narracja powtarza libretto, organizowane klamrą snu, a kolejne przywidzenia jak prezent opakowuje błyszcząca scenografia Cordelii Matthes - to trudno orzec, o czym traktuje. Finałowe grand pas de deux spłaca serwilny obowiązek wobec baletowej tradycji: to klasyczny układ precyzyjnie wykonany przez Erinę Nishitamę i Piotra Ratajewskiego. Czyżby "Dziadek..." Madii był dwugodzinnym przedstawieniem o tańczeniu z gwiazdami? A może to smutna konstatacja reżysera o kondycji naszych świątecznych marzeń?»