: sob maja 02, 2009 1:13 pm
Ja po prostu nie jestem w stanie obejrzeć wiecej niż 5 minut odcinka. Obejrzałam dwa w całości i po prostu głowa mnie bolała.
Ale nie mogę się zgodzić, że od serialu nie ma co wymagać dobrej gry aktorskiej. Podział na aktorów teatralnych, serialowych i filmowych istnieć może tylko w USA, gdzie aktor może się utrzymać wybierając jedną tylko "dyscyplinę". Tam rzeczywiście aktorzy serialowi rzadko okazują się na tyle dobrzy, by zagrać w filmie czy teatrze. W Polsce jednak nawet najlepsi grają ogony w serialach z prostej przyczyny - pensja w teatrze to śmiech na sali. Dlatego można do serialu wybrać aktorów dobrych, umiejących zagrać, dla których rola w "Tancerzach" nie byłaby taka trudna. Owszem, serial ma w obsadzie niezłe nazwiska - Mecwaldowski, Dorociński, Baka... Ale oni pojawiają się rzadko, dominują ludzie którzy z aktorstwem wiele wspólnego nie mają. Nawet "Na Wspólnej" jest lepiej zagrane.
Poza tym: postaci schematyczne, wątki wydumane, sztuczne, bądź banalne, wszystkiego można się było domyślić po pierwszym odcinku, dialogi beznadziejne (czyli scenariusz leży), na reszcie się nie znam. Żeby nie było nieporozumień: ja nie wymagam od serialu powagi filmu Bergmana. Po prostu nie chcę się męczyć oglądając go.
Poza tym miał to być od początku serial taneczny i, oczywiście, nie mogą pokazać ile godzin się pracuje na sali, ale były już filmy, w których widać było ile wysiłku się wkłada w naukę techniki, jak się pracuje nad choreografią i było to ciekawe. Tutaj natomiast wchodzą na salę, od razu tańczą układ w ślicznych strojach, a o lekcji baletu to już pisałam wcześniej jak mnie rozbawiła. Dobry serial ma jednak JAKIEŚ korzenie w rzeczywistości. I wcale nie jest tak, że ludzie wiedzą. Moja mama na przykład na moje parsknięcie śmiechem podczas pokazu owej lekcji stwierdziła, że przecież to są wyselekcjonowani tancerze i dlatego tak od razu potrafią zatańczyć ładnie klasykę. Nie wspominając już o gościu z mojej grupy na warsztatach, który przyszedł na zajęcia z ragga do Joao Assuncao w dżinsach i z głupim uśmieszkiem (pewnie sądząc, że sobie potrzęsie pupą i się pobuja, i będzie fajnie), a po jakichś 3 minutach, jak spróbował powtórzyć układ to ten uśmieszek jakby zniknął. Potem był jeszcze ze mną na street jazzie, ale tam to już stanął pod ścianą i tylko patrzył...
Słowem... Dobra, fajnie że ktoś coś takiego wymyślił, ale naprawdę można było to zrobić o wieeele lepiej przy trochę lepszych wyborach obsadowo-scenariuszowo-reżyserskich. Jak mam ochotę na bajki to wolę sobie "Czarodziejkę z księżyca" zapuścić, chociaż nawet ona ma więcej realizmu...
Ale nie mogę się zgodzić, że od serialu nie ma co wymagać dobrej gry aktorskiej. Podział na aktorów teatralnych, serialowych i filmowych istnieć może tylko w USA, gdzie aktor może się utrzymać wybierając jedną tylko "dyscyplinę". Tam rzeczywiście aktorzy serialowi rzadko okazują się na tyle dobrzy, by zagrać w filmie czy teatrze. W Polsce jednak nawet najlepsi grają ogony w serialach z prostej przyczyny - pensja w teatrze to śmiech na sali. Dlatego można do serialu wybrać aktorów dobrych, umiejących zagrać, dla których rola w "Tancerzach" nie byłaby taka trudna. Owszem, serial ma w obsadzie niezłe nazwiska - Mecwaldowski, Dorociński, Baka... Ale oni pojawiają się rzadko, dominują ludzie którzy z aktorstwem wiele wspólnego nie mają. Nawet "Na Wspólnej" jest lepiej zagrane.
Poza tym: postaci schematyczne, wątki wydumane, sztuczne, bądź banalne, wszystkiego można się było domyślić po pierwszym odcinku, dialogi beznadziejne (czyli scenariusz leży), na reszcie się nie znam. Żeby nie było nieporozumień: ja nie wymagam od serialu powagi filmu Bergmana. Po prostu nie chcę się męczyć oglądając go.
Poza tym miał to być od początku serial taneczny i, oczywiście, nie mogą pokazać ile godzin się pracuje na sali, ale były już filmy, w których widać było ile wysiłku się wkłada w naukę techniki, jak się pracuje nad choreografią i było to ciekawe. Tutaj natomiast wchodzą na salę, od razu tańczą układ w ślicznych strojach, a o lekcji baletu to już pisałam wcześniej jak mnie rozbawiła. Dobry serial ma jednak JAKIEŚ korzenie w rzeczywistości. I wcale nie jest tak, że ludzie wiedzą. Moja mama na przykład na moje parsknięcie śmiechem podczas pokazu owej lekcji stwierdziła, że przecież to są wyselekcjonowani tancerze i dlatego tak od razu potrafią zatańczyć ładnie klasykę. Nie wspominając już o gościu z mojej grupy na warsztatach, który przyszedł na zajęcia z ragga do Joao Assuncao w dżinsach i z głupim uśmieszkiem (pewnie sądząc, że sobie potrzęsie pupą i się pobuja, i będzie fajnie), a po jakichś 3 minutach, jak spróbował powtórzyć układ to ten uśmieszek jakby zniknął. Potem był jeszcze ze mną na street jazzie, ale tam to już stanął pod ścianą i tylko patrzył...
Słowem... Dobra, fajnie że ktoś coś takiego wymyślił, ale naprawdę można było to zrobić o wieeele lepiej przy trochę lepszych wyborach obsadowo-scenariuszowo-reżyserskich. Jak mam ochotę na bajki to wolę sobie "Czarodziejkę z księżyca" zapuścić, chociaż nawet ona ma więcej realizmu...