[quotee8="Ali"]A Twoje autorytety też szanuję za ich opinię, bo i część III pozostawiła mnie pod wielkim wrażeniem. Ja tylko sprzeciwiam się stanowisku: Przybyłowicz lepszy od Balanchine'a. Sama przyznasz, że to głupawe.[/quotee8]
Miałam wczoraj odpisać, ale było już późno więc odłożyłam to na dziś, a tutaj pojawiają się nowe meandry dyskusji. Widzę, że Sagittaire lepiej mnie zrozumiała, ale może specjalnie zaogniasz sprawę, żeby sprowokować dyskusję - cóż, niech będzie i tak, bo jednak nie sądzę, że piszesz to na poważnie.
Ale może po kolei.
[quotee8="Ali"]Dla mnie „Syn marnotrawny” Balanchine'a jest takim właśnie arcydziełem swojej epoki – mnie zachwyca i chyba nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że „się nie zestarzał”. Co w niczym nie ujmuje pięknemu baletowi Jacka Przybyłowicza.[/quotee8]
Ok, wybacz, że nie byłam odkrywcza, prawdę mówiąc trudno byłoby się na to silić, dlatego nic więcej nie napisałam poza stwierdzeniem, że klasyk się nie zestarzał - sam przecież uważasz, że "komplementowanie tej choreografii byłoby banałem", więc skoro reprezentujesz takie (wg mnie słuszne zresztą) podejście, to cóż odkrywczego wg Ciebie mogłabym napisać?
Z drugiej strony nie do końca się zgadzam, bo jest wiele dzieł, które w danym czasie odcisnęły piętno na danej epoce, były nawet rewolucyjne w swoim czasie, a jednak dzisiaj często trafiają do lamusa, nie są wznawiane, a więc jednak się zestarzały, okazały mało uniwersalne. Do takich choreografii zalicza się min. dzieła Sergiusza Lifara (celowo wybrałam taki wyrazisty przykład) - bo czym innym były, jak nie dziełami swojej epoki. Obecnie mamy szanse oglądać nieliczne z jego prac. Ja np. w całości widziałam 3, bardzo lubię Suitę w bieli i Les mirages. Co do tego ostatniego, kiedy 5 lat temu wznowione było na deskach POB, można było przeczytać w recenzjach, że wariacja Cienia i pas de deux były genialne, ale resztę dla dobra tej choreografii należałoby usunąć, bo jest "sztuczna" i "nienaturalna". Wniosek końcowy recenzenta był prosty: Lifar nie jest już wystawiany, bo jego choreografie były swoistym "produktem" swoich czasów, dosyć osobiste i strasznie się zestarzały. Co do Miraży nie zgadzam się z tym stanowiskiem, dla mnie to jest bardzo piękny, symboliczny balet o samotności (w dodatku spersonifikowanej, choć postać Cienia można interpretować w wielu kierunkach). Obejrzałam go 2 razy pod rząd za jednym zamachem, bo odnalazłam w nim coś więcej, niż tylko ślad "tamtych" czasów, nie był dla mnie tylko świadectwem epoki, w której powstał i na którym obecnie osiadł już kurz, którego nie da się zdmuchnąć. Ale dla kogoś innego jest sztuczny i nienaturalny - przyjęłam to do wiadomości. Zresztą myślę, że gdybym zobaczyła więcej jego dzieł, o większości z nich mogłabym mieć podobne zdanie, jakie reprezentował wspomniany recenzent (fragmenty skłaniają mnie do takich przypuszczeń).
Co do Syna - ten balet znany mi był już wcześniej, więc z góry wiedziałam, czego się spodziewać. Bardzo go lubię, ale tak jak już wspomniałam - jakoś nie wierzę, że inteligentna osoba może powiedzieć, że uznanie za lepsze dzieła współczesnego choreografa od klasyka jest "głupawe". Po pierwsze, załóżmy, że były osoby, którym się wcale nie podobał i co wtedy - mają się z tego powodu ubiczować? Mają do tego święte prawo. Po drugie, jest na pewno co najmniej kilka dzieł (nie mam na myśli tylko tych w obrębie tańca), które wiele autorytetów wychwala, a na mnie nie robią wrażenia, są mi obojętne. Czasem myślę sobie, że może do nich jeszcze nie dorosłam, a innym razem, że może tak już będzie zawsze i nic na to nie poradzę. Poza tym zauważ jeszcze jedno - mówiąc w ten sposób nie tylko nie bierzesz pod uwagę innych punktów widzenia, ale również tego, że każdy ma jednak inne wychowanie, wykształcenie, nie mówiąc już o rzeczach tak subiektywnych i osobistych jak inaczej ukształtowany gust i inna wrażliwość na sztukę. A to tylko nieliczne składowe, bo razem tych wszystkich czynników jest nieskończenie wiele.
No i na koniec już - w tym wypadku niestety znowu wracamy do Gombrowicza - ja akurat w pełni uznaję, że Balanchine był (i jest) wielkim choreografem, ale naprawdę nikt nie jest zobligowany do podzielania takiego poglądu, no chyba, że pod sankcją uznania tego kogoś przez Ciebie np. za bezguście

I jeszcze tylko słowo nt innowacyjności - nie szastałabym dzisiaj zanadto tym pojęciem, bo to chyba oczywiste, że za czasów Balanchine'a stosunkowo łatwo było być innowacyjnym (oczywiście jeśli ktoś miałby talent i zdolności w kierunku twórczości choreograficznej na jego miarę), ale dzisiaj są już właściwie tylko syntezy, przeróbki, obróbki tego co powstało w XX wieku, i żądanie żeby ktoś był dzisiaj innowacyjny w takim sensie, jak to możemy powiedzieć o Balanchinie właśnie, uważam za nieuzasadnione oczekiwania i nieco anachroniczne spojrzenie na tą sprawę.
Acha, i na pewno nie jesteście jedynymi osobami, którym podobała się najbardziej I część - mojej koleżance też najbardziej do gustu przypadł Syn, a kiedy ja siedziałam w pełnym zahipnotyzowaniu na części III, ona pewnie przysypiała - wiem, bo skwitowała na końcu, że "skończyło się w odpowiednim momencie" (co miało oznaczać, że już było nudno).
To chyba wszystko, co na razie miałam do powiedzenia w tej sprawie
PS. Miałam już pominąć dygresję dotyczącą malarstwa, bo to offtop, ale może jeszcze krótko nt tej wypowiedzi: "Może nie przemawiać do nas jakiś obraz Rembrandta czy Picassa, ale nikt rozsądny wychodząc z galerii pod wrażeniem dzieła jakiegoś współczesnego malarza nie powie jednak, że to jego obraz jest „zdecydowanie najlepszy."
Sądzę (a nawet jestem pewna), że taka sytuacja, którą uznajesz za niemożliwą jest jak najbardziej możliwa nie tylko w teorii, ale i w praktyce

Żyjemy w czasach, kiedy przytłacza nas estetyka gier komputerowych, telewizji i innych niekoniecznie wizualnie wzniosłych przedmiotów - w tej sytuacji dlaczego uważasz, że każdy doceni Rembrandta, Caravaggia, Turnera, Tycjana - jakiegokolwiek innego wielkiego jakiejkolwiek epoki. Zresztą żeby w pełni docenić i się zachwycić, wg mnie trzeba zobaczyć prawdziwy obraz na żywo - dzisiaj jest o tyle wygodniej, że łatwo możemy obejrzeć reprodukcje w albumach albo obrazki w internecie, za to z dużą szkodą dla odbioru.