Tristan w Warszawie
[quote:45cf58da5a="brazas"]MOje 5 groszy: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/70632.html[/quote:45cf58da5a]
Rozbrajające to doniesienie ze sfer towarzyskich. Należało się jednak ograniczyć do oświecenia nas kto z kim i w jakiej kreacji, a nie próbować sił w recenzowaniu baletu.
A tak na poważnie, zespół zdobył szansę pokazania się z nowej, dobrej strony. Niestety orkiestra grała przeciętnie, powiedzmy: poprawnie, ale materia jest trudna, wymaga świetnego zespołu i dyrygenta mającego coś do zaproponowania. Jednak, po kompletnej porażce orkiestry Filharmonii Narodowej przy próbie wykonania marsza żałobnego ze Zmierzchu Bogów kilka lat temu nie liczę w Plsce na wiele, gdzie tradycji grania Wagnera prawie nie ma.
Sam balet - lektura libretta może wprawić na wstępie w przerażenie, tyle tam narracji, ale na scenie opowieść o kolejach Tristana nie przytłacza, chociaż pozostawia uczucie niedosytu, finał chciałoby się jeszcze raz i jeszcze raz widzieć....
Enuzjastyczny odbiór jest w dużej mierze pochodną samej muzyki (juz abstrahując, jak zagranej), absolutnie genialna, nie można o tym zapominać. To ona sprawia jak głęboko angażujemy się w odbiór.
Więc po trosze podzielam opinie zawodowcyh krytyków, zwłaszcza p. Marczynskiego, ale też pozwalam sobie zasugerować - niech nie kręcą nosem - to nie jest Wagnerowski Tristan i Izolda zaadoptowane dla baletu, i całe szczęście, że spotykamy się z różnymi propozycjami opowieści.
Rozbrajające to doniesienie ze sfer towarzyskich. Należało się jednak ograniczyć do oświecenia nas kto z kim i w jakiej kreacji, a nie próbować sił w recenzowaniu baletu.
A tak na poważnie, zespół zdobył szansę pokazania się z nowej, dobrej strony. Niestety orkiestra grała przeciętnie, powiedzmy: poprawnie, ale materia jest trudna, wymaga świetnego zespołu i dyrygenta mającego coś do zaproponowania. Jednak, po kompletnej porażce orkiestry Filharmonii Narodowej przy próbie wykonania marsza żałobnego ze Zmierzchu Bogów kilka lat temu nie liczę w Plsce na wiele, gdzie tradycji grania Wagnera prawie nie ma.
Sam balet - lektura libretta może wprawić na wstępie w przerażenie, tyle tam narracji, ale na scenie opowieść o kolejach Tristana nie przytłacza, chociaż pozostawia uczucie niedosytu, finał chciałoby się jeszcze raz i jeszcze raz widzieć....
Enuzjastyczny odbiór jest w dużej mierze pochodną samej muzyki (juz abstrahując, jak zagranej), absolutnie genialna, nie można o tym zapominać. To ona sprawia jak głęboko angażujemy się w odbiór.
Więc po trosze podzielam opinie zawodowcyh krytyków, zwłaszcza p. Marczynskiego, ale też pozwalam sobie zasugerować - niech nie kręcą nosem - to nie jest Wagnerowski Tristan i Izolda zaadoptowane dla baletu, i całe szczęście, że spotykamy się z różnymi propozycjami opowieści.
Pozwolę sobie także zabrać głos w tej ciekawej dyskusji :) Ja wyszedłem z TW-ON po "Tristanie" z pozytywnymi wrażeniami, chociaż do euforii było mi daleko. Zaczynając od pozytywów: para głównych bohaterów to absolutne mistrzostwo! Dobre aktorstwo, wrażliwość na muzykę, precyzja ruchu, dopieszczenie gestu i świetne "wsłuchanie się" w partnera - było na co patrzeć! Większość obsady również nie odbiegała od wysokiego poziomu, z drobnymi wyjątkami - jeśli drobnym można nazwać corps de ballet.
Ogromnym plusem jest koncepcja plastyczna spektaklu. Minimalistyczna, ale trafiona scenografia i niesamowita reżyseria świateł (najlepsza baletowa, jaką widziałem) ucieszą oko najbardziej wybrednego estety :)
Orkiestrę też można zaliczyć do pozytywów, chociaż zdarzało jej się niepotrzebnie prześcigać tancerzy.
Natomiast co do minusów - zacznę od kostiumów. Same w sobie ciekawe i nowocześnie pomyślane, ale nie do końca sprawdzające się w balecie (czy nikt nie przetłumaczył Zieniowi, że połyskujące brylanty odwracają uwagę od ruchu, a nawet powodują oczopląs u odbiorcy?). Sam Tristan bardziej przypominał Złotego Bożka niż opętanego kochanka-wojownika.
I największy moim zdaniem mankament - muzyka. Być może dla kogoś, kto nie zetknął się z arcydziełem Wagnera w całości, jest to defekt niezauważalny, ale ja najchętniej zatkałbym sobie w wielu momentach uszy - zwłaszcza w niefortunnych przejściach między poszczególnymi fragmentami. Genialna i zabójczo precyzyjna partytura Wagnera została bardzo nieumiejętnie poszatkowana i do obrazu scenicznego pasuje przeważnie jak pięść do nosa (z wyjatkiem finału, który jest w zasadzie i tak zamkniętą całością) i notorycznie odwraca uwagę od akcji scenicznej. Oczywiście wiem, że dzieła Wagnera nie należy zestawiać z baletem Pastora, bo są to dwa niezależne dzieła, jednak nie rozumiem czemu zdecydowano się wykorzystać właśnie partyturę Wagnera, na dodatek z tymi nieszczęsnymi "Wesendonck Lieder" które są najgorszym podkładem do baletu jaki można sobie wyobrazić. Jest w końcu tyle innych możliwości, Mahler, Szostakowicz, nawet Czajkowski - dlaczego zatem uparcie postawiono na popłuczyny po dramacie muzycznym Wagnera? Proste pytanie: dlaczego? Niestety nie znam odpowiedzi. Według mnie balet nie może istnieć w oderwaniu od muzyki i bez odpowiedniego jej poziomu (dlatego nie przepadam za "Bajaderą" i innymi dziełkami Minkusa), a w tym przypadku niestety nonszalancja twórców odnośnie warstwy muzycznej to poważny zgrzyt w ogólnie dobrym spektaklu.
Ogromnym plusem jest koncepcja plastyczna spektaklu. Minimalistyczna, ale trafiona scenografia i niesamowita reżyseria świateł (najlepsza baletowa, jaką widziałem) ucieszą oko najbardziej wybrednego estety :)
Orkiestrę też można zaliczyć do pozytywów, chociaż zdarzało jej się niepotrzebnie prześcigać tancerzy.
Natomiast co do minusów - zacznę od kostiumów. Same w sobie ciekawe i nowocześnie pomyślane, ale nie do końca sprawdzające się w balecie (czy nikt nie przetłumaczył Zieniowi, że połyskujące brylanty odwracają uwagę od ruchu, a nawet powodują oczopląs u odbiorcy?). Sam Tristan bardziej przypominał Złotego Bożka niż opętanego kochanka-wojownika.
I największy moim zdaniem mankament - muzyka. Być może dla kogoś, kto nie zetknął się z arcydziełem Wagnera w całości, jest to defekt niezauważalny, ale ja najchętniej zatkałbym sobie w wielu momentach uszy - zwłaszcza w niefortunnych przejściach między poszczególnymi fragmentami. Genialna i zabójczo precyzyjna partytura Wagnera została bardzo nieumiejętnie poszatkowana i do obrazu scenicznego pasuje przeważnie jak pięść do nosa (z wyjatkiem finału, który jest w zasadzie i tak zamkniętą całością) i notorycznie odwraca uwagę od akcji scenicznej. Oczywiście wiem, że dzieła Wagnera nie należy zestawiać z baletem Pastora, bo są to dwa niezależne dzieła, jednak nie rozumiem czemu zdecydowano się wykorzystać właśnie partyturę Wagnera, na dodatek z tymi nieszczęsnymi "Wesendonck Lieder" które są najgorszym podkładem do baletu jaki można sobie wyobrazić. Jest w końcu tyle innych możliwości, Mahler, Szostakowicz, nawet Czajkowski - dlaczego zatem uparcie postawiono na popłuczyny po dramacie muzycznym Wagnera? Proste pytanie: dlaczego? Niestety nie znam odpowiedzi. Według mnie balet nie może istnieć w oderwaniu od muzyki i bez odpowiedniego jej poziomu (dlatego nie przepadam za "Bajaderą" i innymi dziełkami Minkusa), a w tym przypadku niestety nonszalancja twórców odnośnie warstwy muzycznej to poważny zgrzyt w ogólnie dobrym spektaklu.