: pn paź 14, 2013 4:49 pm
[quote33="Kasia G"]w choreografii Pastora znakomity!...[/quote33]
Zobaczyłem wczoraj. Rzeczywiście znakomity jest w tej lirycznej ze szczyptą erotyzmu i bardzo współczesnej estetycznie sarabandzie Pastora. I Yuka Ebihara także! Masz rację Idris, przepiękny to był duet. Ale skupiając się tu na Vladimirze Yaroshence, to nie tak dawno jeszcze w "Śnie” jawił mi się on idealnie „neumeierowski”, w "Artifakcie" z kolei "forsythowski", a wcześniej w "Święcie” - doskonale „béjartowski”. Okazuje się jednak także bardzo „pastorowski”: silny, dynamiczny i pełen ekspresji w "Moving Rooms", a teraz znów poetycki, skupiony, precyzyjny, refleksyjny... Jakże zmienia się jego wizerunek sceniczny w zależności od choreograficznej stylistyki, „charakteru pisma” tanecznego. To naprawę zadziwiające.
Ja jednak raz jeszcze uległem również jego dyskretnemu urokowi w „Concerto Barocco”, co może wydawać się dziwne w odbiorze baletu George'a Balanchine'a. Wiadomo przecież powszechnie o niezwykłym uwielbieniu tego choreografa dla tańca kobiet, z którego uczynił on przedmiot niemal wszystkich swoich dzieł baletowych. Jednak patrząc wczoraj na jedynego w „Concerto” tancerza, uświadomiłem sobie raz jeszcze, jak dalece ważnym komponentem prac tego choreografa był jednak także mężczyzna, co nie dla wszystkich jest chyba takie oczywiste. A przecież to on jest u Balanchine'a wiecznym punktem odniesienia dla nieskończenie pięknego, baletowego tańca kobiet. To dla niego wszystkie te muzy roztaczają w tańcu swe niezliczone wdzięki. Jakby dla samego Balanchine'a, bo tancerz w jego baletach to jakby on sam – takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
Wszyscy wiedzą i zauważają, że Mr. B. (jak go nazywano) ukształtował w Ameryce nowy typ i wizerunek współczesnej baleriny, do którego nikt już potem nie wniósł wiele nowego. Ale to także on wyplenił męski taniec z minoderii akademickich princów i narcystycznych ciągot gwiadorów okresu diagilewowskiego. Jego tancerze są nadal przystojni, zgrabni i eleganccy, ale zawsze męscy, silni, energiczni, pełni umiaru i dżentelmeńscy. Nie "gwiazdorzą" (o ile wiem, Mr. B. nie znosił takich zachowań ani u nich, ani u swoich tancerek - ani na scenie, ani poza teatrem). Oni po prostu są, naturalni jak ich pan Bóg stworzył – z ich męską postawą i męskim wdziękiem.
I tak jak wybrał Balanchine dla swoich tancerek charakterystyczną białą tuniczkę jako idealny jego zdaniem kostium ćwiczebny i sceniczny dla wyeksponowania piękna ciała współczesnej baleriny, tak tancerza widział najchętniej w białym podkoszulku z krótkim rękawem, czarnym trykocie do połowy bioder i śnieżnobiałych skarpetach z takimiż baletkami. Już na pierwszy rzut oka strój to bardzo męski, niemal sportowy. Czyż można lepiej ubrać współczesnego baletowego idola? Inna rzecz, że niełatwo znaleźć tancerzy, którzy spełniają kanoniczne oczekiwania Balanchine'a co do wyglądu, techniki tańca i sposobu bycia na scenie, a przy tym dobrze prezentują się w jego ulubionym kostiumie. Dla mnie takim tancerzem u nas jest właśnie Vladimir Yaroshenko, z jego „balanchinowskim” także urokiem. Chapeau bas i raz jeszcze wielkie brawa dla niego za wczorajsze „Concerto Barocco”.
Zobaczyłem wczoraj. Rzeczywiście znakomity jest w tej lirycznej ze szczyptą erotyzmu i bardzo współczesnej estetycznie sarabandzie Pastora. I Yuka Ebihara także! Masz rację Idris, przepiękny to był duet. Ale skupiając się tu na Vladimirze Yaroshence, to nie tak dawno jeszcze w "Śnie” jawił mi się on idealnie „neumeierowski”, w "Artifakcie" z kolei "forsythowski", a wcześniej w "Święcie” - doskonale „béjartowski”. Okazuje się jednak także bardzo „pastorowski”: silny, dynamiczny i pełen ekspresji w "Moving Rooms", a teraz znów poetycki, skupiony, precyzyjny, refleksyjny... Jakże zmienia się jego wizerunek sceniczny w zależności od choreograficznej stylistyki, „charakteru pisma” tanecznego. To naprawę zadziwiające.
Ja jednak raz jeszcze uległem również jego dyskretnemu urokowi w „Concerto Barocco”, co może wydawać się dziwne w odbiorze baletu George'a Balanchine'a. Wiadomo przecież powszechnie o niezwykłym uwielbieniu tego choreografa dla tańca kobiet, z którego uczynił on przedmiot niemal wszystkich swoich dzieł baletowych. Jednak patrząc wczoraj na jedynego w „Concerto” tancerza, uświadomiłem sobie raz jeszcze, jak dalece ważnym komponentem prac tego choreografa był jednak także mężczyzna, co nie dla wszystkich jest chyba takie oczywiste. A przecież to on jest u Balanchine'a wiecznym punktem odniesienia dla nieskończenie pięknego, baletowego tańca kobiet. To dla niego wszystkie te muzy roztaczają w tańcu swe niezliczone wdzięki. Jakby dla samego Balanchine'a, bo tancerz w jego baletach to jakby on sam – takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
Wszyscy wiedzą i zauważają, że Mr. B. (jak go nazywano) ukształtował w Ameryce nowy typ i wizerunek współczesnej baleriny, do którego nikt już potem nie wniósł wiele nowego. Ale to także on wyplenił męski taniec z minoderii akademickich princów i narcystycznych ciągot gwiadorów okresu diagilewowskiego. Jego tancerze są nadal przystojni, zgrabni i eleganccy, ale zawsze męscy, silni, energiczni, pełni umiaru i dżentelmeńscy. Nie "gwiazdorzą" (o ile wiem, Mr. B. nie znosił takich zachowań ani u nich, ani u swoich tancerek - ani na scenie, ani poza teatrem). Oni po prostu są, naturalni jak ich pan Bóg stworzył – z ich męską postawą i męskim wdziękiem.
I tak jak wybrał Balanchine dla swoich tancerek charakterystyczną białą tuniczkę jako idealny jego zdaniem kostium ćwiczebny i sceniczny dla wyeksponowania piękna ciała współczesnej baleriny, tak tancerza widział najchętniej w białym podkoszulku z krótkim rękawem, czarnym trykocie do połowy bioder i śnieżnobiałych skarpetach z takimiż baletkami. Już na pierwszy rzut oka strój to bardzo męski, niemal sportowy. Czyż można lepiej ubrać współczesnego baletowego idola? Inna rzecz, że niełatwo znaleźć tancerzy, którzy spełniają kanoniczne oczekiwania Balanchine'a co do wyglądu, techniki tańca i sposobu bycia na scenie, a przy tym dobrze prezentują się w jego ulubionym kostiumie. Dla mnie takim tancerzem u nas jest właśnie Vladimir Yaroshenko, z jego „balanchinowskim” także urokiem. Chapeau bas i raz jeszcze wielkie brawa dla niego za wczorajsze „Concerto Barocco”.