Widziałam wczoraj i moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne

Co prawda pierwszą część wieczoru, czyli "Pocałunki" zdominowały dwa elementy: bardzo lekki i szybki Maks, jak to Kasia w temacie o nim ujęła: "mknący przez scenę jak meteor" oraz, uwaga: wielka głowa, przecinająca mi całą scenę mniej więcej na połowę. I w tym miejscu muszę sobie pozwolić na małą dygresję: ten wieczór baletowy oglądałam z 3 różnych miejsc, również takich znajdujących się na dwóch różnych krańcach sali. Najdroższe miejsce w V rzędzie okazało się najgorsze, tańsze - z boku w piątym, oraz w szóstym - najlepsze. Cały problem polega na tym, że nie tylko odległość między - w teorii najlepszym - V rzędem, a IV jest zbyt mała, ale także na tym, że w zasadzie nie ma między nimi wcale różnicy wysokości. Według mnie, jeśli TW nadal chce sprzedawać bilety w V w rzędzie jako najdroższe (bo najlepsze) i przy tym nie oszukiwać widza, powinien: a) usunąć V rząd krzeseł, tak aby VI stał się V (wtedy i odległość będzie większa, poza tym VI jest zdecydowanie wyżej), lub b) wprowadzić zakaz siadania dla wysokich osób w pierwszych IV rzędach. Może to brzmi absurdalnie, ale o ile jestem opanowaną osobą, to w momencie kiedy kupuję najdroższy bilet, a okazuje się, że widoczność zamiast świetnej jest tragiczna, wystarczyłby mi topór pod ręką, żeby w takim momencie obciąć wystającą głowę przesadnie wysokiego delikwenta. Tak czy inaczej to wina teatru, ani w sali kongresowej nie ma takiej sytuacji (odległość między najlepszym rzędem krzeseł a pozostałymi jest bardzo duża), ani w Łodzi, jak na razie innych dużych teatrów w Polsce nie odwiedzałam, więc nie oceniam. Nawet nie liczę na zmianę tej sytuacji, ale chociaż w ten sposób musiałam dać upust mojemu niezadowoleniu, bo według mnie to nic innego, jak tylko oszukiwanie widza...
Wracając do "Pocałunków" tak samo jak Kasi bardzo podobały mi się kostiumy (nawiązania do baroku niemal w każdej warstwie tego wieczoru) i sceny zespołowe, nastrój duetów prysł zupełnie, przypuszczam że z powodu wspomnianego przeze mnie elementu - zakłócającego skutecznie odbiór. Maks naprawdę lśnił, pojawiał się i znikał nagle jak Puk ze "Snu nocy letniej", nazwałabym go nawet czarodziejem, a przynajmniej animatorem tej nocy miłosnych spotkań

Gdyby wybrano innego solistę do tej partii, ta choreografia straciłaby dużo ze swego czaru, on był tutaj niezbędny i najważniejszy, najbardziej przyciągał wzrok. Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę, ale czasem kiedy skakał albo kręcił unosił się wokół niego tak jakby pył, widoczny z powodu mocnego oświetlenia (na początku myślałam, że to taki "efekt specjalny" i że ten proszek być może wysypuje mu się z rękawów..

). Dopiero później doszłam do wniosku, kiedy pojawiał się czasem wokół innych, że chyba po prostu kurz wzbija się ze sceny. Ale wrażenie było takie, że to czarodziej roztacza wokół siebie magiczną aurę, żeby zahipnotyzować widza swoim tańcem:) Podsumowując, choreograficznie bardzo ciekawie, na pewno nie spodziewałam się czegoś tak fajnego.
Concerto barocco, to jedyny z baletów, który widziałam wcześniej i to w doskonałym wykonaniu New York City Ballet, a mimo to podobało mi się. Dodam, że czytałam wcześniej recenzję Kasi więc nie nastawiałam się na nic nadzwyczajnego, poza tym - zmieniłam miejsce, więc tak samo moje nastawienie psychiczne od razu się poprawiło, ze sfrustrowanego zmieniło się na pogodne, może to również wpłynęło na odbiór. Jak na polskie warunki, to według mnie Maria Żuk i Magdalena Ciechowicz całkiem nieźle wyczuły ten klimat, może nie nazwałabym żadnej z nich stricte typem balanchinowskiej tancerki, ale były plastyczne, muzykalne, dość wyraziste w ruchach. Chociaż może rzeczywiście adagio nie dość mocno przykuwało uwagę, to mimo to nie odbiegałam wzrokiem, a całość była dla mnie interesująca, cieszę się, że ta choreografia została włączona do programu.
To teraz "The green" oglądane z trzeciego, najlepszego miejsca. Mimo to nie zachwyciło mnie, chyba od początku spodziewałam się czegoś więcej, ale wydaje mi się, że nie tylko dlatego się zawiodłam. Estetyka ruchu od początku wydawała mi się ciekawa - ale język tego choreografa i użyte przez niego środki zupełnie do mnie nie przemówiły. Całość jest dość mocno "przy ziemi", co samo w sobie mi nie przeszkadza, bo w ten sposób również można stworzyć coś ciekawego, ale tutaj zdecydowanie czegoś brakowało. Po jakimś czasie miałam wrażenie jednostajności, wszystko wydawało mi się monotonne, wszystko się powtarzało. W ramach wyjaśnień - lubię w tańcu skumulowane emocje, a nie tylko ich wybuch (tak jak to będzie miało miejsce w następnej choreografii, o której już za chwilę), ale żeby takie emocje oddać i dodatkowo budować napięcie, a nie nudzić, według mnie potrzeba już maksymalnie silnych charakterów i osobowości scenicznych, natomiast nasi tancerze niestety podobnymi atutami nie grzeszą..
Ostatnia choreografia, czyli "W światłocieniu" Pastora - absolutny hit i przebój wieczoru. Nareszcie - i wykonanie, i choreografia na światowym poziomie. To zdecydowanie skłania mnie do ponownego obejrzenia "Tańczymy Bacha", ponieważ była to jedyna rzecz, która wciągała absolutnie, bez reszty, tak, że zapominało się o całym świecie.
I tak być powinno, ale jako że na polskich scenach zdarza się to rzadko, tym bardziej należy się ogromny ukłon w stronę dyrektora Pastora i całego zespołu. Samemu twórcy nie tylko za prawdziwy choreograficzny majstersztyk, ale też - jak o tym wspomniała Kasia - za wybitnie przemyślane obsadzenie ról. Dominika Krysztoforska przepięknie, była naprawdę cudowna, kiedy pojawiała się na scenie nie sposób było oderwać od niej wzroku, patrzyło się tylko na nią. Ale tak samo Dagmara Dryl była naprawdę świetna, Aleksandra Liaszenko również bardzo mi się podobała. Rzadko dochodzę do takich wniosków, ale tak jak powiedziała Kasia w tym momencie wypadałoby wymienić cały zespół, wszyscy spisali się na medal i dlatego należały im się takie brawa, jakie dostali na koniec.
I jeszcze pytanie do Kasi: nie jestem pewna, czy obsada "In light and shadow" była taka sama w niedzielę i w piątek, ale zakładając, że tak, to kim była tancerka ubrana w złotawy strój, bluzkę i spódnicę? Wysoka, ładna blondynka, na początku myślałam, że to Dagmara Dryl, ale teraz nie jestem już tego taka pewna (w każdym razie wyrażając moje uznanie dla Dryl, ją właśnie miałam na myśli, jeśli popełniłam błąd to wyrażam skruchę, ale mój wzrok się ostatnio pogorszył, więc nawet patrząc po spektaklu na zdjęcia zespołu nie byłam w stanie stwierdzić na pewno, czy to ona, czy jednak ktoś inny

).