Tylko proszę nie mieszajmy dwóch rzeczy. Mianowicie tego, co jest naturalnym bólem w pracy tancerza, bo wiadomo, że to jest ciężko zawód, jest ból codzieny, ból związany z kontuzjami, jest dyscyplina (której trzeba się nauczyć, bo później bez wewnętrznej dyscypliny daleko się nie zajdzie); a co jest nadmiernym znęcaniem się fizycznym i psychicznym.
Jak zauważyła anka_baletnica - normalne jest, kiedy pedagog np. przejedzie paznokciami po udach czy po czymś, żeby je prawidłowo napinać, no ale już nie jest normalne, kiedy wbija komuś te swoje paznokcie do krwi, albo uderza w głowe tak, że krew komuś z nosa idzie (to akurat słyszałam od znajomej akompaniatorki, dodam że nauczyciel ten zdaje się nadal pracuje w szkole, chociaż nie raz zdarzyła mu się podoba sytuacja...), czy dociska na plie tak, że dziewczyna przez kilka dni nie może potem chodzić (przypadek bliskiej mi osoby). I nie jest dobrze, kiedy [u5f]bazuje się[/u5f] swoje metody na takim traktowaniu ucznia.
Zresztą pisałam już trochę o tym na początku tego wątku.
Moim zdaniem najważniejsza w tym wszystkim powinna być sztuka. Bo przy takich metodach zastraszania i obrażania to jest tak, że z osób robi się idealne roboty. Które zrobią wszystko, będą pracować w ciężkich warunkach. Słysząc różne rzeczy, w tym mało ciekawe i mało cenzuralne wyzwiska, i w jakiś sposób można się uodpornić na np. reżyserów z dyktatorskimi zapędami (takich jest wielu).
Ale jest też druga strona medalu. Może w balecie, który w świetle sztuki współczesnej jest raczej odtwórczy (nie mówię że całkowicie, żeby nie było, zostawia też jakiś margines wykonawcy, ale niewielki), nie jest to aż tak widoczne, ale w np. tańcu współczesnym zaczyna to przeszkadzać. Mianowicie mniejsza kreatywnosć, brak zaufania do własnych możliwości, nastawienie nie aktywne 'od siebie', a bardziej czekające na to, co powie choreograf. Takie osoby są świetnymi wykonawcami, ale jednak sztukę do przodu poruszają osoby, które nie boją się popełniać błędów, i są twórcze. Możliwe, że wiele osób nie wie, o czym mówię, bo kształcenie baletowe w dużej mierze zakłada właśnie najpierw idealne techniczne wykonanie, a później ewetualnie resztę. Ale jeśli ktoś kojarzy np. środowisko aktorskie, pracę tego typu, to zauważy, że bez porównania jest tam inny ferment twórczy (mówię o dobrej pracy, nie chałturkach; btw też ma to swoje minusy - są pomysły, większa wolność tworzenia, czasem nawet zdarzy się coś mniej lub bardziej natchnionego, ale aktorom często brakuje codziennej dyscypliny i nieustannego kształcenia warsztatu - najlepiej umieć wypośrodkować

).
Oczywiście, jeśli komuś zależy głównie na tym, by tylko jak najlepiej wykonywać to, co do niego należy, to kreatywność nie jest mu specjalnie potrzebna, tylko w stopniu wystarczającym dla wykonywania swoich zadań (wiadomo, w każdym zawodzie artystycznym jest wymagana w jakimś stopniu, ale to chyba oczywiste).
Ale jeśli o mnie chodzi, to oglądając tancerzy, bardziej cenię tych, którzy umieją dużo dać od siebie na scenie. Nie interesuje mnie to, jak wysoko tancerka podniesie nogę, tylko jak interesująco może ona nasycić ten ruch. Stąd np. szkoła rosyjska (tutaj: w sensie styl tańczenia) często wydaje mi się 'martwa', bliżej jej do suchego popisu, niż teatru, zdolnego wywołać w widzu wzruszenie (a nie tylko podziw podobny, z jakim podziwia się cyrkowe akrobatki).
Dlaczego np. w wielu krajach można uczyć dzieci na świetnych tancerzy, nie wykorzystując jakichś drastycznych metod? Tancerzy, którzy są nie tylko dobrze przygotowani technicznie, ale też mają świadomość tego, co robią ze swoim ciałem, i wykorzystują tę świadomość w tańcu.
Przecież mozna uczyć inaczej, tylko trzeba umieć, trzeba być dla dziecka autorytetem, czego wielu nauczycieli nie potrafi i rekompensuje to metodami fizycznymi czy wyzwiskami.
Przypomnę jeszcze to, co pisałam we wcześniejszych postach: co innego, kiedy nawrzeszczy się* na dorosłą osobę, świadomą swoich umiejętności i braków, a co innego na dziecko, którego tożsamość jako tancerza i człowieka, dopiero się kształtuje.
[size=95f]*od razu wyjaśnię, bo pewnie zaraz wszyscy powiedzą, że to normalne itp. - nie chodzi mi o zwykłe podniesienie głosu, itd., bo to jest faktycznie normalne, ale o obrażanie i rzucanie wyzwiskami niezbyt nadającymi się do druku

(nie wiem jak inni, ale ja się z czyms takim spotkałam, i do tej pory zastanawiam się, na ile była to 'metoda' nauczenia czegoś, czy po prostu wylewanie swojej frustracji na innych, w każdym razie na pewno nie motywowało mnie to pracy).[/size5f]