Opera Dolnoslaska- Wroclaw

Dyskusje o spektaklach, programach TV, książkach, artykułach, nagraniach CD/video/DVD, fotografii, stronach internetowych;
Sagittaire
Posty: 2810
Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am

Post autor: Sagittaire »

Niestety ale muszę Cię uprzedzić, ze spektakle baletowe we Wrocławiu mają tylko jedną zaletę - dość dobrych niektórych tancerzy. Chociaż tu też, nawet wśród tych najlepszych tancerzy, nie ma pereł rzucających na kolana z tego względu, ze jakby były, to by szybko uciekły do Łodzi, Poznania czy Warszawy ( to ostatnie o ile by były to osoby wybitne) i tam tańczyły lepszy repertuar i pw więcej. Pani Bożena Klimczak jest wybitnie słabym choreografem i gdyby miała jakieś spojrzenie realne na siebie , to by nie robiła żadnej choreografii. Trochę pokory by się przydało- wybitny J.Przybyłowicz- po już w sumie długim byciu dyrektorem w Poznaniu -teraz dopiero robi swoją choreografię ale we współpracy z dwoma znakomitymi choreografami i w związku z tym, że w ten sposób tnie trochę koszty. A kto jak kto ale ON, to by mógł robić choreografie już dawno w Poznaniu... Pani Klimczak jest wybitnie złym choreografem i jeszcze gorszym szefem baletu. Nie wiem czy nie najgorszym w Polsce.... Nie potrafi zamówić dla Wrocławia nic na poziomie, nic świeżego, nic ciekawego. Uczyniła Wrocław skansenem... Do tego jest dość nieprzyjemnym człowiekiem w obyciu, że tak delikatnie powiem... Nic dziwnego, ze dyrektor we Wrocławiu widząc, co tam jest grane wystawia same niemal opery...
Dobór choreografów do pozostałych -poza dziadkiem-realizacji również jest taki, ze tylko usiąść i płąkać.... Jezioro, sądząc po tym jakie było Jezioro w Poznaniu, bodajże tych samych twórców, to porażka... Romeo i Julia to szkoda gadać.
Reasumując: na balet wrocłąwski warto chodzić dla artystów, a tam kilku jest bardzo fajnych. Ja chętnie bym np pojechała na Sergieja Oberemok , bo mimo że widziałąm go z rok temu, to pamiętam, ze zrobił na mnie baaardzo dobre wrażenie.
A jeżeli chcesz zobaczyc dobry balet, to jedź do Warszawy (albo z ciekawości Łodzi albo Poznania...)
wukaesiak
Posty: 53
Rejestracja: wt sty 18, 2011 4:22 pm

Post autor: wukaesiak »

Ale to, droga Sagittaire, jest tak daleko... Ach!

Nie pocieszyłaś mnie, ale teraz już wiem jak jest. Dzięki!
Sagittaire
Posty: 2810
Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am

Post autor: Sagittaire »

Ja jestem wyjątkowo zrażona do pani kierownik baletu wrocławskiego, więc może stąd mam wyjątkowo krytyczne podejście do niej... Ale ciężko nie być widząc m.in. co -z dużo wydawałoby się mniejszymi środkami -próbował robić M.Zajączkowski w Bydgoszczy. O Łodzi i Poznaniu już nie wspominając.
A że Warszawa daleko? Zobaczysz, jak złapiesz bakcyla we Wrocławiu, to zmienisz podejście i raz na rok nie będzie dla Ciebie dużym wysiłkiem jechać do warszawy na dobry spektakl :) . Najgorzej jest zacząć te podróże baletowe ale jak się raz spróbuje, to można.
Laranda
Posty: 122
Rejestracja: śr lut 02, 2011 5:10 pm

Post autor: Laranda »

w sumie to idę pierwszy raz na przedstawienie baletowe. nie licząc swoich :) Ale chyba jeśli jestem pierwszy raz no to chybab nawet do Wrocławia mozna pójśc prawda? Po prostu musze nacieszyć się baletam :)
Sagittaire
Posty: 2810
Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am

Post autor: Sagittaire »

pójść można, a nawet trzeba tam gdzie się ma najbliżej. Ja sama czasem chodzę na bardzo złe spektakle ale zawsze coś w nich jest wartego obejrzenia. Przede wszystkim zawsze jest jakiś 1-3 ciekawych tancerzy. A we Wrocławiu są takowi na 100 %.
wukaesiak
Posty: 53
Rejestracja: wt sty 18, 2011 4:22 pm

Post autor: wukaesiak »

Wszystko, co tu powiedziane, potwierdza się. Byłem wczoraj na Don Kichocie. Spektakl ten jest nierówny. Czasami jest nawet ciekawie, ale nie brakuje przy tym chwil chaosu, zamieszania.
W zamieszczonym w programie wywiadzie choreograf Beate Vollack (która nota bene przyznała się, że jest to pierwszy w jej karierze duży spektakl) wspominała, że postać tytuową chciała specjalnie wyróżnić. Nie wyszło to zanadto. Sądzę, że większość widowni, bardziej niż rzekomo zabawnymi popisami Don Kichota, była zainteresowana pięknymi pas Kitri i Basilio. Paulina Woś to niezwykły, jak sądzę, talent (ciekawi mnie niezwykle czy jest ona wśród jasnych punktów Opery Wrocławskiej w ocenie Saggitaire). Cieszy mnie oglądanie jej twórczości. Gdyby nie to, wyszedłbym wczoraj z Opery smutny zupełnie. Partnerujący jej Łukasz Ożga też dobrze się spisywał. W każdym razie para ta stanowiła gwóźdź wczorajszego wieczoru. Przynajmniej w mojej amatorskiej opinii.
Sagittaire
Posty: 2810
Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am

Post autor: Sagittaire »

Jest wśród jasnych punktów :) (może nie najjaśniejszych ale z pewnością jasnych). Na marginesie dodam, że Woś ukończyła łódzką Szkołę Baletową (która jak wiadomo jest taaaka dobra ;)) . I to uczyła się w wyjątkowej klasie z łódzkim obecnym I solistą Piotrem Ratajewskim i Emilią Baranowicz, tańczącą obecnie w Operze Wiedeńskiej.
wukaesiak
Posty: 53
Rejestracja: wt sty 18, 2011 4:22 pm

Post autor: wukaesiak »

Wróciłem właśnie z „Jeziorka” w wykonaniu baletu Opery Wrocławskiej. To moje pierwsze „Jezioro łabędzie”, którem widział z widowni (znana mi już jest „jutjubowa” wersja ABT). Gdybym jednak miał się Piotrowi Iliczowi Czajkowskiemu (który nota bene patronuje ulicy, przy której teraz mieszkam i przy której post ów piszę), że widziałem w teatrze inscenizację jego łabędziego utworu, czułbym się co najmniej nieszczerze. :570:

Balet, mimo tego, że jeszcze w programie (przeraźliwie chudym) składał się z czterech aktów, na scenie miał ich już tylko trzy. Choreografią prologu (zastępującego treściowo I akt) i III aktu jest Ewa Wycichowska, a to, jak już się zdążyłem zorientować, postać nieanonimowa. II i IV, czyli sceny „nadjeziorne” są autorstwa Rosjanina Victora Smirnov-Golovanova. Ten ostatni, jak pewnie zauważyłoby wielu z Was, zrobił dobrą robotę. Może to było i udane technicznie i zgodne z literą kompozycji. Mnie to jednak nie porwało (ba! nie ruszyło, a w połączeniu z dzikimi tłumami i miejscem stojącym wręcz irytowało). Ja na balet nie przychodzę ani dla samego mistrzostwa twórcy i wykonawcy partytury, ani dla samego mistrzostwa choreografa czy tancerzy. Ja przychodząc domagam się udanej kompozycji – syntezy wszystkich składników w coś jedno, co zdolne byłoby mnie zachwycić. Dziś w wielu miejscach tego zabrakło, tancerze nie tańczyli – by przywołać ludowe porzekadło – jak im orkiestra grała. Swoją drogą, gdybym miał przed tak wielką publicznością tańczyć do nagrania z płyty, to też miałbym problem. Często muzyka i jej tempo sobie, a tempo spektaklu sobie. Nie ma sztuki bez rytmu – mawia się. A tu :?:

Zabiegi ingerujące w kompozycję historii Zygfryda i Odetty wyszły chyba jednak na dobre. Bałem się aktu pierwszego i trzeciego, które nadziane są fragmentami li tylko popisowymi. Być może Was to potrafi ucieszyć ale dla mnie balet jest gatunkiem teatralnym. Cóż... Nie miałem jednak problemu, bo pierwszego aktu nie było wcale (wszystko zaczęło się od spotkania Zygfryda i Odetty – widać prof.Wycichowska doszła do wniosku, że widz wie skąd się książe wziął nad jeziorem, a jak nie, to sobie przeczyta w programie). Trzeci zaś akt był stworzony z pomysłem i zrealizowany z werwą. To miejsce rehabilitacji tego spektaklu. Warto tego doczekać. Chyba pierwszy raz widziałem na żywo we Wrocławiu uporządkowane sceny zbiorowe i wartki ruch. Brawo! :569:

Z tancerzy zwracali uwagę przezabawni panowie Oleksiak i gibki Apanasenko w roli Rotbarta. :smile:
Ali
Posty: 845
Rejestracja: sob sty 14, 2012 2:59 pm

wroce

Post autor: Ali »

post przesunięty z wątku o Polskim Balecie Narodowym (sezon 2011/12)[/colorbb]


[quotebb="Sagittaire"]Widząc, jak można pociągnąć operę nie mam wątpliwości, że mógłby być we Wrocławiu całkiem dobry zespół - tylko musiałby być ktoś, kto ma pomysł na choreografie i generalnie na funkcjonowanie baletu, a tam tego brakuje i efekt jest taki, że te spektakle są istotnie tragiczne.[/quotebb]

Nie do końca jest tak – przynajmniej wedle mojej wiedzy. W teatrach operowych wszystko jednak zależy od światłości i dobrych chęci dyrektora naczelnego, od jego odpowiedzialności za poziom teatru w każdym jego calu. Dobrym przykładem jest tu dyr. Waldemar Dąbrowski, który w trosce o rozwój baletu w Operze Narodowej ściągnął do kraju Krzysztofa Pastora, przyjął jego warunek usamodzielnienia zespołu jako Polskiego Baletu Narodowego i dał mu wolną rękę w sprawach artystycznych baletu. No, ale nie każdy polski teatr operowy ma szczęście dostać jako dyrektora byłego ministra kultury, i to najlepszego z dotychczasowych.

We Wrocławiu kiedyś był bardzo dobry balet, to już jednak dawna historia. Ostatnio chyba za czasów dyrektora Pietrasa. Teraz „odpowiedzialność” wrocławskiej dyrektorki, pani Ewy Michnik, ogranicza się głównie do realizowania własnych ambicji dyrygenckich, które (jak prawie każdy dyrygent-dyrektor pozbawiony rozumnej kontroli ze strony swoich przełożonych) realizuje wyłącznie na polu opery. Balet jest jej potrzebny głównie do wypełniania wstawek operowych. Ona po prostu nie dostrzega albo nie chce dostrzec potrzeb baletu jako odrębnej dziedziny sztuki i czuje się całkowicie zwolniona od odpowiedzialności za jej poziom i rozwój w Operze Wrocławskiej. A lokalni mocodawcy pani dyrektor najwyraźniej mają to głęboko w... nosie, skoro od lat tolerują taki stan rzeczy. Wyobrażacie sobie, że nawet te wrocławskie namiastki baletów klasycznych (np. Dziadka) każe ona tańczyć swojemu zespołowi do nagrań muzycznych, aby oszczędzić pieniądze na własne przedstawienia operowe?

Od tego się chyba wszystko zaczyna w teatrze operowym. Dopiero potem można realizować to o czym piszesz Sagittaire, czyli „ pomysł na funkcjonowanie baletu”. Ale pani dyrektor wolała powierzyć kierownictwo baletu we Wrocławiu byle komu, aby nie mieć z nim żadnych kłopotów koncepcyjnych czy ambicjonalnych na co dzień. Nie zwróciła się z tym do choreografa Jacka Przybyłowicza po jego powrocie z Izraela. Ani do Waldemara Wołk-Karaczewskiego, który po swojej karierze zagranicznej (Béjart, Berlin, Monachium) mieszka teraz opodal w Legnicy. Nie wpadła na świetnego pedagoga Annę Grabkę z jej doświadczeniami od Neumeiera z Baletu Hamburskiego. Nie sprowadziła Jerzego Graczyka lub Jerzego Makarowskiego, którzy przez wiele lat kierowali mniejszymi zespołami niemieckimi. Nie dostrzegła Tomasza Kajdańskiego, który tańczył kiedyś w Bawarii, a potem szefował gdzieś w Niemczech. Nie zaprosiła Jacka Tyskiego, który tańczył tu i tam za granicą, zrobił kilka choreografii i może także byłby niezłym kandydatem. Nie pomyślała o Sławomirze Woźniaku, który wywodzi się z wrocławskiego teatru, a teraz uczy cudze dzieci w Ameryce i także ma już pewien dorobek choreograficzny. Nie chciała żadnego z nich, bo z każdym należałoby się jednak liczyć, przyjąć jego warunki, wsłuchać się w jego profesjonalne propozycje i zadeklarować realną pomoc w ich realizacji. A po co to pani Michnik?

Oj niełatwo dyrygentowi dzielić się dyrektorską władzą i państwową kasą... Znamy to dobrze z historii i dzisiejszej praktyki naszych teatrów operowych. Mam nadzieję, że w Twojej ukochanej Łodzi po remoncie Teatru Wielkiego będzie jednak inaczej, ale… kto to wie?
Sagittaire
Posty: 2810
Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am

Post autor: Sagittaire »

Zgadzam się z każdym słowem (aż mi się miło zrobiło, że ktoś tak myśli mądrze:)). Oczywiście masz rację. Ja użyłam skrótu, bo z takim kierownikiem, jaki obecnie jest, Wrocław nie ma praktycznie szans na świetlany rozwój. No ale to ma genezę i dokładnie tak jest jak piszesz. Zresztą - jak raz w życiu miałam okazję rozmawiać z jednym z tancerzy z Wrocławia, to on winę za obecny stan scedował tylko i wyłącznie na dyrektora, który jak powiedział "wybitnie nie lubi baletu".
ODPOWIEDZ