Klasyka - należy wykonywać ją idealnie albo wcale...

Dyskusje o spektaklach, programach TV, książkach, artykułach, nagraniach CD/video/DVD, fotografii, stronach internetowych;
M.
Posty: 737
Rejestracja: wt lut 13, 2007 3:42 pm

Post autor: M. »

Zdecydowanie, im dłużej myślę, tym bardziej jestem zdania, że idea klasyki i dążenie do ideału nie musi polegać na porównywaniu się z innymi teatrami czy tancerzami... a tym bardziej na rezygnowaniu z tańca, gdy te porównania wypadają na naszą niekorzyść - o czym już napisała Kasia G...
Rzeczywiście to piękne gdy widzimy, że inni robią coś lepiej od nas i popypycha to nas samych do poprawy. Myślę jednak, że w tym dążeniu do ideału rzecz w tym by poprostu robić swoje najlepiej jak jest to teraz możliwe. Jeśli teatr ma za mało środków bo nie jest Operą Paryską, ale jeśli wszyscy zaangażowani w realizację spektaklu ludzie, choć również nie są idealni (bo nikt taki nie jest) wspólnie, jednomyślnie i uczciwie włożą w realizowane przedsiąwzięcie rzetelną pracę, no i oczywiście serce to właśnie wtedy to co robią, choćby dekoracje były najtańsze a zespół niezbyt duży na pewno będzie wartościowe. Z resztą przecież my - gdańska czy inna lokalna publiczność też nie jesteśmy wybitnymi światowcami i choć znamy w miarę Jezioro i Dziadka, to nie koniecznie wiemy o co chodzi np. Paquicie... Nie zmienia to faktu, że oglądamy to co nam dane jak najuważniej umiemiemy i z każdym kolejnym przeczytanym librettem i obejrzanym przedstawieniem jesteśmy (mam nadzieję :wink: ) mądrzejsi.

Ponoć magia teatru będzie zawsze polegała na zwykłej/nie zwykłej relacji między tancerzami czy aktorami na scenie a publicznością siedzącą na widowni. Jedni i drudzy powinni przyjść zawsze odpowiednio przygotowani na przedstawienie, bo Opera jest miejscem, które tego WYMAGA. Wymaga byśmy się postarali, ale nie żebyśmy byli idealni bo nigdy nie będziemy. Jeśli dla obu stron: realizatorów i odbirców to spotkanie będzie czymś ważnym wtedy bedzie dobrze.

I być może te stawiane coraz wyżej wymagania będą stanowiły o prawdziwej wartości tego co jest wystawiane na teatralnych deskach. U nas, przez dziwną teorię dyrekcji o słabych możliwościach Opery Bałtyckiej ta poprzeczka została diametralnie obniżona. Tak jakby powiedzieć - że skoro klasyka jest za trudna zarówno dla tancerzy jak dla całego małego teatru i dla publiczności to należy "odpuścić" i zrobić coś prostszego. Coś dla mas. Coś, co zostanie podane na tacy, szybko wchłonięte przez tłum, głośno oklaśnięte ale szybko zapomniane...coś jak "You can dance...".

Oczywiście miło jest słyszeć, że publiczność wychodzi zadowolona z przedstawienia. Szkoda tylko, że ta publiczność niewiele wie. Ja sama niewiedząc wiele, łatwo się wzruszam widząc piękny ruch, ładny obraz i dobrą muzę. Wolę jednak spotykać w Operze ludzi, którzy wiedzą i wymagają nieco więcej niż młodziutki tłum i często naprawdę sporo więcej niż ja sama. Super jest wychodząc z przedstawienia czy stojąc w foyer czuć, że są tu nie tylko tacy, którzy przyszli zobaczyć "tych śmiesznych facetów w rajtuzach", ale i Ci którzy dobrze znają przedstawienie i którzy na pewno uważniej niż ja ocenią każde pas i dadzą mi bodzieć do doczytania czegoś w domu czy do powrotu na przedstawienie i tym razem lepsze zwrócenie uwagi na to czego niedopatrzyłam.

A nasz gdański teatr operowy zamienia się właśnie w coś łatwostrawnego dla tłumów. Coś do czego nie trzeba się przygotowywać. Przecież Opera nie powinna być takim miejscem. Powinna stać twardo na straży tego, co nie jest proste ani dla tancerzy ani dla odbiorców. Zamiast zniżać się do tych, którzy od razy wszystkiego nie zrozumieją, podnosić im poprzeczkę i ciągniąć ich do góry. To tak jak by powiedzieć, że Mickiewicza trzeba zmienić bo jest napisany nie modnym językiem i my już tego języka nie znamy. Ja jako młody człowiek, mogłabym tak powiedzieć, ale nie dyrektor opery! Właśnie on powinien pilnować tego bym gdy dojrzeję, nie tyle do Mickiewicza co do Czajkowskiego i Petipy, miała gdzie przyjść i go poznać. Powinien też, jeśli widzi, że owy Petipa czy inny Lew Iwanov nie jest tańczony dobrze, zamiast wyrzucać go z repertuaru, poprawić co należy... ha, nie jest to proste? zawsze było łatwiej burzyć niż budować... Panie dyrektorze, przedstawienia Pani Izadory też nie są idealne. Ich wystawiania w takim razie tym bardziej należałoby zaprzestać.

Jestem ciekawa jakby zareagowała opinia publiczna gdyby dyrektorem np. Muzeum Narodowego został ktoś kto woli sztukę współczesną i jest zdania, że stare obrazy są bardzo zniszczone, zakurzone i należy je wszystkie spalić. Ich renowacja bowiem wymaga zbyt wielkiego wysiłku, pieniędzy, ogromnej ilości czasu i pracy a przede wszystkim prawdziwego serca do tego czego czas nieubłagalnie minął i co nigdy już nie będzie nowe...

Czyż nie lepiej by było, gdyby ten ktoś znalazł sobie własne miejsce w budynku obok, wzbogacając okolicę o coś innego, własnego?
Teatr autorski to piękna sprawa - tym bardziej jeśli jest robiony za pieniądzę autora a nie publiczne. W tym momencie radzimy sięgnąć do tego co robi w Warszawie Krystyna Janda. Opera NIE JEST WŁASNOŚCIĄ dyrektora, on został powołany na stanowisko by DBAĆ o nią najlepiej jak potrafi - czyli ratować to co w niej cenne - a jest jeszcze parę takich rzeczy.

Nie wiemy czy nowe dzieła będą lepsze, a tego co zostanie doszczętnie zniszczone już nie odzyskamy...właściwie nawet nie wiem czy tancerki, które zejdą z point będą mogły po latach na nie wrócić? Czy dawna konserwatywna ale wierna publiczność odzyska stracony szacunek do tej instytucji? Wspaniale jeśli Pan Weiss ma dobry pomysł na coś własnego co będzie firmowane jego nazwiskiem. Opera i sztuka (nawet ta która nam się nie podoba) jest jednak czymś publicznym - czy w takim ujęciu niszczenie tego, nawet nie najpiękniejszego, nawet " śmiesznego" baletu, by robić coś własnego nie jest bezprawiem? Czy gdyby polecono mi konserwacje zniszczonego dzieła np. Rembrandta miałabym prawo zamalować go jakimś "Czarnym kwadratem na białym tle"? Czyż nie powinnam sobie znaleźć własnego płótna?

Jeśli przyjdzie do mnie pacjent w podeszłym wieku, nie odmówię mu leczenia dlatego, że jego czas już powoli mija, że nie wszystkie organy mogę dobrze wyleczyć, czy dlatego,że teraz jest czas pięknych i młodych. Całym sercem i wiedzą zrobie co w mojej mocy, bo ten człowiek MA GDZIEŚ SWOJE MIEJSCE. Tak jak ten balet - który, uważacie za dogasający, czy podłamany (nie wiem czy taki jest, Scarpio?) ma swoje miejsce w Operze i tam powinni go bronić! Taniec współczesny czy teatr tańca obroni się sam, bo może rzeczywiście teraz jest jego czas. Tak jak młodość, która broni się sama bo ma siłę i jest na nią moda.

To właśnie nie-idealny, słabiutki, balet potrzebuje stworzenia mu odpowiednich warunków w państwowej instytucji, dofinansowania i doglądania. Tak jak zagrożone gatunki potrzebują rezerwatu. Potrzebuje on też, przede wszystkim serca, bo jeśli będą tacy którzy chcą i umieją go dobrze tańczyć (a chyba jeszcze są tacy, prawda?) i tacy którzy chcą ich starania oglądać (o tych tym bardziej nie muszę pytać) to nawet na małej, lokalnej scenie nie będzie to parodia... a to, że zauważymy, że czyjeś fouette nie jest idealne, tylko potwierdzi, że duch klasyki jeszcze nie zginął.

Ot, tyle mam Wam dziś do powiedzenia.
Właśnie tyle różnych myśli przewija się przez młodą, dopiero odkrywającą, mam nadzieję, że nie-umierający-balet i szukającą prawdziwych odpowiedzi i jakiegoś wytłumaczenia na to co widzi M.

Nie zaprzestaje prób znalezienia wiary w sensowność zmian w gdańskiej POB, ale zdają się one być coraz bardziej śmieszne.

Pozdrawiam tych co przebrnęli przez cały tekst.
Torin
Posty: 1577
Rejestracja: wt cze 19, 2007 9:10 am

Post autor: Torin »

Cóż dodam tylko jedno.
Widać jak wiele emocji wzbudza "nowa opera", sam ten fakt powinien dać dyrekcji do myślenia.
A z całego twojego tekstu który przeczytałem z uwagą i przyjemnością zarazem, poza innymi łatwo odczytać (usłyszeć) jedną nutę. Jak będą tacy odbiorcy baletu jak ty - to nie może on umrzeć było by to coś tak niesprawiedliwego, że jest po prostu jest to nierealne :)

Torin
Piotr Malaga
Posty: 169
Rejestracja: pt sty 20, 2006 4:26 pm

Post autor: Piotr Malaga »

M. Cieszę się, że piszesz czasami dłuższe listy - teraz inni forumowicze nie będą mieć pretensji o moje -niekiedy tasiemcowe - epistoły :)

Co do cytatu pani Wysockiej - uważam, że nieporozumienia wynikają z różnic pomiędzy językiem polskim i rosyjskim. Nie wiem, w jakim języku ten cytat był wypowiedziany oryginalnie, ale przecież pani Tacjanna była z pochodzenia Rosjanką i wychowała się w Rosji - dopiero będąc dorosła przyjechała do Warszawy. A sposób formułowania myśli jest ściśle zależny od języka.

I tutaj uważam, że bardzo dużą różnicę robi jedno słowo. Przymiotnik "правильно" w rosyjskim tłumaczy się rzeczywiście jako "prawidłowo", "poprawnie" ale takie słownikowe tłumaczenie nie wystarczy. Te wyrazy w obu językach mają zupełnie inne znaczenie pejoratywne. Po polsku "dobrze", "prawidłowo" i "poprawnie" to są niemal synonimy, prawie to samo znaczą. Polak, gdy robi coś "poprawnie" i "prawidłowo" to może być w 100% zadowolony :)

W rosyjskim jest zupełnie inaczej - "правильно" (poprawnie) oznacza coś, co się kwalifikuje żeby nie być złe. Po drugie ten przymiotnik Rosjanie stosują wyłącznie do określania spraw merytorycznych (technika, szkolny warsztat) a nie używa się go w odniesieniu do emocji, wyrazu, odczuć czy wrażeń.

Spotkałem się nie raz z określeniem "правильно" ze strony nauczycieli Rosjan - w ten sposób zawsze określali sytuację, gdy uczeń zaczynał coś już łapać, jego próby szły w dobrą stronę, ale był to dopiero początek drogi aby coś wyćwiczyć (wykonać) porządnie.

I rzeczywiście, tak jak już interpretowali to Thorin, M. i Kasia G - "poprawnie" wcale nie oznacza tego, co się nam Polakom wydaje, dlatego cytat tak tłumaczony może być kontrowersyjny.
-------------------
A co do samego problemu - na taniec można spojrzeć różnie. Można traktować taniec sportowo - robimy konkursy, oceniamy wykonania (przede wszystkim technicznie). Gdy ktoś wygra - jest zwycięzcą i przyznajemy tej wygranej wartość. Gdy przegra - traktujemy to jako porażkę, a więc wartościujemy przegranego jako gorszego.

Tak jak w sporcie - sport owszem, jest zdrowy, każdy w jakimś zakresie powinien go uprawiać amatorsko. Ale to nie jest widowiskowe. Nie jest wielką atrakcją patrzeć jak inni ludzie się gimnastykują albo biegają w parku. Nie jest też wielką atrakcją oglądanie meczu czwartej ligi - no chyba, że akurat gra znajomy. Co innego patrzeć jak Małysz skacze i wygrywa w światowej czołówce, albo oglądać mistrzostwa świata w piłce nożnej!

Jeżeli więc będziemy balet traktować sportowo - to owszem - niech na sali ćwiczy każdy kto chce, a pokazujemy tylko najlepszych ze ścisłej czołówki. W ten sposób 99% tancerzy zostałoby bez pracy, bo przecież ścisła czołówka jest tylko jedna...

Ale taniec to nie musi być tylko sport!

Kiedyś rozmawiałem z tancerzem (nie techniki klasycznej). Tańczył od lat, czuł się spełnionym, jest w swoim zawodzie szanowany. Żaliłem mu się, że mam problem - bo jestem świadom swoich niedostatków technicznych, a poproszono mnie o wyjście na scenę.

Poradził mi, żebym skupił się głównie na tańcu i mocno się starał, a nie starał popisać się techniką - ponieważ na widowni są osoby, które po prostu mojego tańca oczekują i chcą na mnie patrzeć z różnych powodów - nie tylko oceny techniki. Dla nich więc powinienem się starać i zaprezentować jak najlepiej.

Te dwa podejścia ścierają się nie od dziś. Wiadomo, że podejście "sportowe", porównywanie technicznych umiejętności, konkurencja jest konieczna w tańcu instytucjonalnym, przy pewnych kanonach tańca klasycznego. Ale to nie jest dla baletu cel, tylko środek - (jeden z wielu środków).

Jednym z celów jest np. zachowanie pewnej tradycji (również tej, gdy w kanonie baletu klasycznego nie było takich wymagań wobec techniki tancerzy jak dziś)! Celem są oczekiwania widza - czasami spragnionego igrzysk i komercji, a czasami pewnych wyższych potrzeb - ale widza nie zawsze świadomego wszystkich technicznych niuansów na poziomie "top one".

A co do teatrów, oper i innych instytucji w których rezygnuje się z widowisk baletowych z powodu "niewystarczającej techniki wykonawców", to w moim odczuciu tutaj nie technika tańca jest głównym powodem, tylko nieudolność organizacyjna. Bo bardzo często jest tak, że wyłączny nacisk kładzie się na ten środek jakim jest wyszkolenie tancerzy, zupełnie zapominając o innych środkach które leżą i kwiczą - np. reklama i marketing spektakli.

Najlepsze zespoły mają zapewniony marketing niejako automatycznie - są znane i mają pewną tradycję. Opera Paryska, Bolszoj, ABT - tych instytucji już sama opinia broni (i zarazem zobowiązuje, bo trzeba się starać, żeby ją utrzymać).
----------------
A teraz będę cyniczny - ale nie bez powodu - chcę przekazać pewną prawdę. Prawdę o nas, socjologiczną, o której często będąc pod wpływem pewnych wyższych idei zapominamy. Jesteśmy wielkim stadem - trochę podobnie jak kierdel owiec które pasą się na hali, które technikę tańca mają głęboko w... nosie. Nikogo nie obrażam - doczytajcie dalej, zrozumiecie.

Wyobraźcie sobie proszę taki scenariusz - wybierzmy jakiś przeciętny zespół - pod kątem kostiumów, scenografii, i techniki tancerzy z małego prowincjonalnego teatru w Polsce. I przeciętny spektakl (baletowy oczywiście!). Już wiem - niech to będzie Jezioro Łabędzie tańczone zaledwie "poprawnie" - z powiedzenia pani Wysockiej. Nawet gorzej niż "poprawnie".

Teraz załóżmy, że jest bogaty sponsor - gotowy wpompować ogromne pieniądze w marketing - tak dla zabawy. Robi się badania, określa różne grupy widzów których chcemy mieć (przedziały wiekowe płeć). Dalsze badania, jak tych ludzi skutecznie zmanipulować. Projekty różnych kampanii reklamowych. Znów badania, które kampanie lepiej chwycą - 90% odrzucamy, bierzemy te na które ludzie najlepiej się łapią. Idą reklamy w telewizji, billboardy w całej Polsce, mające charakter show zajawki. Dosłownie tak, że otwierasz rano lodówkę, a tam reklama naszego spektaklu :)
Potem wystawiamy spektakl np. katowickim spodku przed 10 tysiącami widzów i mamy komplet publiczności :) Krytycy piszą, że tancerze są do niczego... no i co z tego? Kogo to obchodzi? Jeżeli mamy skandal - to super - tylko nam pomoże w marketingu :) Ważne że spektakl jest popularny! Jeszcze trochę reklamy i na kolejnych spektaklach też jest komplet widzów, którzy nie są w stanie ocenić techniki tancerzy, a są tak nakręceni że się im podoba. Możemy obwieźć nasz spektakl w tournee po Europie, nie ma problemu! Byliśmy w Moskwie, Petersburgu, Paryżu i USA :)

I teraz najlepsze - może się różnie zdarzyć. Kiedy już się napasiemy tym spektaklem, to możemy go po prostu zdjąć i jechać na wakacje na egzotyczne wyspy.

Ale można inaczej. Gdy przez dłuższy czas będziemy w ten sposób promować zespół, zadbanie o poziom techniczny jest już bardzo proste. Członkowie zespołu są coraz bardziej zmotywowani - są popularni, znani, biorą niezłą kasę. Nawet nie wiadomo kiedy zaczęli coraz lepiej tańczyć - dosłownie technika rośnie w oczach! Dodatkowo do tak prestiżowego zespołu stara się przyjąć coraz więcej znanych tancerzy - przychodzą ze znanych teatrów, laureaci konkursów, znane nazwiska...

Bardzo uprościłem, taki scenariusz to pewien skrót myślowy - w rzeczywistości jest to trochę bardziej złożone. Ale czy nie przypomina Wam to czegoś? Tak więc to nie technika ma tutaj przełożenie na atrakcyjność; jest dokładnie odwrotnie!

Można sprzedać takie rzeczy, o których się nam nawet nie śniło! Ludzie kupują działki na księżycu! W Czechach "kupili" nieistniejący supermarket (udowodnione empirycznie, przyszli na otwarcie). Dla specjalisty sprzedanie spektaklu ze słabymi technicznie tancerzami to pestka.

No i co, opłacało się tańczyć to Jezioro "poprawnie"? Zależy jak na to patrzeć, ale sami rozumiecie że dla bohaterów naszego przedsięwzięcia Tacjanna Wysocka mogła się mylić.
Kasia G
Posty: 4391
Rejestracja: śr mar 30, 2005 2:02 pm

Post autor: Kasia G »

oczywiście, świetny przykład Piotrze! Zawsze "opłaca" się tańczyć Jezioro łabedzie czy cokolwiek innego nawet nie-prawilno - bo to daje szanse ze moze yć lepiej. jak sie nie tanczy - zadnej szansy się nie daje, ani publicznosci, ani artystom. Oczywista nie wystarcza wystawić spektakl i poziom sam się polepszy, ale przynajmniej jest na zym i nad czym pracowac. A jak dojdzie motywacja i to wszytsko o czym napisałeś to oczywiscie ze poziom w pewien sposób sam sie buduje - choćby dlatego ze do sławnego, dobrze zarabiajacego zespołu będa sie garneli utalentowani, dobrzy tancerze :)
Piotr Malaga
Posty: 169
Rejestracja: pt sty 20, 2006 4:26 pm

Post autor: Piotr Malaga »

To miło że się rozumiemy i zgadzamy Kasiu. Właśnie zorientowałem się, że to co napisałem:
"Krytycy piszą, że tancerze są do niczego... no i co z tego? Kogo to obchodzi?" mogło np. Ciebie dotknąć w jakiś sposób :) Na szczęście moje intencje nie zostały źle zrozumiane.

Ocena dzieła (tym bardziej rzetelna i poparta analizą specjalisty) jest bardzo ważna dla wielu odbiorców, zwłaszcza tych najbardziej świadomych. Dlatego jest bardzo potrzebna, tak samo jak dążenie do technicznej perfekcji wykonania. Przecież zazwyczaj czytając recenzje (zarówno przed jak i po obejrzeniu baletu), nabieramy zdecydowanie szerszej świadomości tego dzieła - nawet gdy w wielu sprawach mamy opinie odmienne od krytyka. Ale to dotyczy tylko pewnej grupy odbiorców.

Dlatego ma się prawie nijak do mechanizmów promocji i sprzedaży.
Kasia G
Posty: 4391
Rejestracja: śr mar 30, 2005 2:02 pm

Post autor: Kasia G »

alez skad - generalnie jestem świadoma opozycji między artystami i krytykami, a czasem (czesto - utarty stereotyp) widzów i krytyków. Bo widzowi (zwłaszcza nie wtajemniczonemu) podobało się, bo było ładnie, kolorowo, wesoło, i tancerze tanczyli równo - a krytyk wydziwia i "czepia się" że niestylowo, ze noga nie tak podniesiona albo cos tam... :P U nas na szczeście wsród świadomych jako tako widzów baletu jest trochę inaczej bo są oni podobnie jak artyści spragnieni jakiejkolwiek reakcji ze strony krytyki, tak mało bowiem pisze się i publikuje o balecie. Niemniej faktem jest ze jesli nawet najbardziej fachowy, rzetelny krytyk znający sie na rzeczy odsądzi dzieło od czci i wiary nie oznacza to ze nalezy rozwiazac zespół albo przerwac wystepy bo widac wykonanie jest do kitu.. tylko przemyslec zarzuty i pracowac nad tym zeby było lepiej.
Sorry, ale wracając do głównego tematu watku po prostu uwazam ze lepiej miec nawet marny balet niż nie miec żadnego, bo wtedy nie mamy szansy ze ten marny przekształci się kiedyś w lepszy....
Torin
Posty: 1577
Rejestracja: wt cze 19, 2007 9:10 am

Post autor: Torin »

A w dodatku krytyk nie zarobi bo nie będzie miał co krytykować :P ;)

Torin
Scarpia
Posty: 208
Rejestracja: czw maja 25, 2006 8:58 am

Post autor: Scarpia »

:lol: Торин правильно сказал :D

Z wiekiem coraz bardziej doceniam formę bajki/przypowieści jako przystępnej formy przedstawienia swoich poglądów zamiast uczonego języka elaboratów naukowych (choć i to jest bardzo potrzebne). A zatem dla odmiany wielkanocna bajka barona Scarpii dla dzieci dużych i małych….

Pewnego razu był sobie OGRODNIK. Wielkim afektem darzył on TRUSKAWKI, więc założył ich plantację. Trudził się niemało. Od małości pielęgnował sadzonki, sadząc je troskliwie, podlewał, dbając i chroniąc jak umiał najlepiej. Zbiorów czas letni nadszedł niespodzianie. Pojawił się SMAKOSZ. Smakosz chleb codzienny jadając, szybko docenił słodki smak truskawek jako bardzo specjalny. Pojawiła się PROSTA RADOŚĆ. Zaprzyjaźnił się tedy smakosz z ogrodnikiem i oboje byli szczęśliwi. Ogrodnik był kontent, że sam robiąc co lubi najbardziej komuś tak niekłamaną radość sprawia. Smakosz z kolei z podziwem patrzył na ogrodnika i nie mógł się nacieszyć, że potrafi on wyhodować coś takiego jak truskawka, która nie tylko że smaczna i wykwintna ale i kontrast znakomity dla codziennej, mącznej diety stanowi. Ale jak to w bajkach bywa, szczęścia ogrodnika i smakosza ciekawski KRUK zdzierżyć nie mógł. Wśród grządek chętnie chadzał, trzepotał skrzydliskami i począł wydziwiać, a to że truskawki zamiast kul idealnych jakieś brzydkie, nierówne i pod złym kątem rosną, a to że smakosz nie wie jak owoc ten prawdziwe wyglądać powinien. W porównaniach swych uczonych kruk przywoływał IDEAŁ truskawki, którego ani on sam nigdy nie wiedział, ani smaku pełnego nikt nigdy nie poczuł, ani nawet nikt nigdy opisać w pełni go nie umiał. Zmartwił się tedy ogrodnik, że choć pragnął bardzo, truskawki idealnej hodować nie umie. Zmartwił się tedy i smakosz że ogrodnik mu towar niepierwszej jakości podaje, a sam prostą radością się ciesząc pokazuje siebie jako naiwny i nieuczony światu. Martwi się tedy i kruk, że prostą radość rozdziobując sam nie zdolnym będąc już jej doświadczyć, zniechęca ogrodnika, zasmuca smakosza, samemu do upadku plantacji się przyczynia. I tak we troje martwią się i martwić będą po dzień ostatni…

A teraz w myślach wstawcie sobie OGRODNIK=artystka/artysta, TRUSKAWKA=taniec/balet, SMAKOSZ=szary widz, KRUK=krytyk :wink: :twisted:

A rola pojęcia abstrakcyjnego IDEAŁ jest moim zdaniem taka, jak rola latarni morskiej. Jest potrzebna bo pozwala na orientację w kierunku i odległości, ale sama w sobie NIE JEST CELEM (nie można jej osiągnąć, a nawet gdyby jakiś statek próbował to się o nią rozbije). Może to naiwne przyrównanie, ale skutecznie reprezentuje mój pogląd na temat "ideału".
Kasia G
Posty: 4391
Rejestracja: śr mar 30, 2005 2:02 pm

Post autor: Kasia G »

bardzo dobre to porównanie z latarnią morską - bo idałów w zyciu (czy w tancu) nie bywa.. ale dązyć do nich trzeba.
A niech Pan Bóg broni i nas i artystów i krytyków tez od takich krytyków-kruków... W końcu nie chodzi o to by ludziom prosta radość obrzydzać ani nikogo dołowac, zresztą zajęciem krytyka jest OPIS, OCENA i ew. KRYTYKA a nie KRYTYKANCTWO
M.
Posty: 737
Rejestracja: wt lut 13, 2007 3:42 pm

Post autor: M. »

W takim razie dochodzę do wniosku, że czym innym jest mówienie o dążeniu do ideału a zupełnie czym innym wizja nowego ogrodnika, który na miejsce truskawek poprostu pragnie posadzić porzeczki. Dziękuje Wam za wszystkie odpowiedzi i za konsekwentne stanie przy tym, że klasykę tańczyć należy.

Piotrze, Tobie dzięki za tasiemce, naprawdę dobrze i szybko mi się je czyta. Moglibyśmy dyskutować o tym czy za popularnością i kasą musi iść rozwój.. ale to nie ten temat :)

Tak poświątecznie: zarówno mądrym krukom jak i zwykłym zjadaczom truskawek zyczę samych miłych spotkań przy ulubionych owocach podawanych w odpowiedniej oprawie ze śmietany i cukru. Będę też bronić zdania, że choć możemy o nich dyskutować, to i tak te z własnego ogródka smakują zawsze najlepiej :mrgreen:
ODPOWIEDZ