Rzeczywiście to piękne gdy widzimy, że inni robią coś lepiej od nas i popypycha to nas samych do poprawy. Myślę jednak, że w tym dążeniu do ideału rzecz w tym by poprostu robić swoje najlepiej jak jest to teraz możliwe. Jeśli teatr ma za mało środków bo nie jest Operą Paryską, ale jeśli wszyscy zaangażowani w realizację spektaklu ludzie, choć również nie są idealni (bo nikt taki nie jest) wspólnie, jednomyślnie i uczciwie włożą w realizowane przedsiąwzięcie rzetelną pracę, no i oczywiście serce to właśnie wtedy to co robią, choćby dekoracje były najtańsze a zespół niezbyt duży na pewno będzie wartościowe. Z resztą przecież my - gdańska czy inna lokalna publiczność też nie jesteśmy wybitnymi światowcami i choć znamy w miarę Jezioro i Dziadka, to nie koniecznie wiemy o co chodzi np. Paquicie... Nie zmienia to faktu, że oglądamy to co nam dane jak najuważniej umiemiemy i z każdym kolejnym przeczytanym librettem i obejrzanym przedstawieniem jesteśmy (mam nadzieję
Ponoć magia teatru będzie zawsze polegała na zwykłej/nie zwykłej relacji między tancerzami czy aktorami na scenie a publicznością siedzącą na widowni. Jedni i drudzy powinni przyjść zawsze odpowiednio przygotowani na przedstawienie, bo Opera jest miejscem, które tego WYMAGA. Wymaga byśmy się postarali, ale nie żebyśmy byli idealni bo nigdy nie będziemy. Jeśli dla obu stron: realizatorów i odbirców to spotkanie będzie czymś ważnym wtedy bedzie dobrze.
I być może te stawiane coraz wyżej wymagania będą stanowiły o prawdziwej wartości tego co jest wystawiane na teatralnych deskach. U nas, przez dziwną teorię dyrekcji o słabych możliwościach Opery Bałtyckiej ta poprzeczka została diametralnie obniżona. Tak jakby powiedzieć - że skoro klasyka jest za trudna zarówno dla tancerzy jak dla całego małego teatru i dla publiczności to należy "odpuścić" i zrobić coś prostszego. Coś dla mas. Coś, co zostanie podane na tacy, szybko wchłonięte przez tłum, głośno oklaśnięte ale szybko zapomniane...coś jak "You can dance...".
Oczywiście miło jest słyszeć, że publiczność wychodzi zadowolona z przedstawienia. Szkoda tylko, że ta publiczność niewiele wie. Ja sama niewiedząc wiele, łatwo się wzruszam widząc piękny ruch, ładny obraz i dobrą muzę. Wolę jednak spotykać w Operze ludzi, którzy wiedzą i wymagają nieco więcej niż młodziutki tłum i często naprawdę sporo więcej niż ja sama. Super jest wychodząc z przedstawienia czy stojąc w foyer czuć, że są tu nie tylko tacy, którzy przyszli zobaczyć "tych śmiesznych facetów w rajtuzach", ale i Ci którzy dobrze znają przedstawienie i którzy na pewno uważniej niż ja ocenią każde pas i dadzą mi bodzieć do doczytania czegoś w domu czy do powrotu na przedstawienie i tym razem lepsze zwrócenie uwagi na to czego niedopatrzyłam.
A nasz gdański teatr operowy zamienia się właśnie w coś łatwostrawnego dla tłumów. Coś do czego nie trzeba się przygotowywać. Przecież Opera nie powinna być takim miejscem. Powinna stać twardo na straży tego, co nie jest proste ani dla tancerzy ani dla odbiorców. Zamiast zniżać się do tych, którzy od razy wszystkiego nie zrozumieją, podnosić im poprzeczkę i ciągniąć ich do góry. To tak jak by powiedzieć, że Mickiewicza trzeba zmienić bo jest napisany nie modnym językiem i my już tego języka nie znamy. Ja jako młody człowiek, mogłabym tak powiedzieć, ale nie dyrektor opery! Właśnie on powinien pilnować tego bym gdy dojrzeję, nie tyle do Mickiewicza co do Czajkowskiego i Petipy, miała gdzie przyjść i go poznać. Powinien też, jeśli widzi, że owy Petipa czy inny Lew Iwanov nie jest tańczony dobrze, zamiast wyrzucać go z repertuaru, poprawić co należy... ha, nie jest to proste? zawsze było łatwiej burzyć niż budować... Panie dyrektorze, przedstawienia Pani Izadory też nie są idealne. Ich wystawiania w takim razie tym bardziej należałoby zaprzestać.
Jestem ciekawa jakby zareagowała opinia publiczna gdyby dyrektorem np. Muzeum Narodowego został ktoś kto woli sztukę współczesną i jest zdania, że stare obrazy są bardzo zniszczone, zakurzone i należy je wszystkie spalić. Ich renowacja bowiem wymaga zbyt wielkiego wysiłku, pieniędzy, ogromnej ilości czasu i pracy a przede wszystkim prawdziwego serca do tego czego czas nieubłagalnie minął i co nigdy już nie będzie nowe...
Czyż nie lepiej by było, gdyby ten ktoś znalazł sobie własne miejsce w budynku obok, wzbogacając okolicę o coś innego, własnego?
Teatr autorski to piękna sprawa - tym bardziej jeśli jest robiony za pieniądzę autora a nie publiczne. W tym momencie radzimy sięgnąć do tego co robi w Warszawie Krystyna Janda. Opera NIE JEST WŁASNOŚCIĄ dyrektora, on został powołany na stanowisko by DBAĆ o nią najlepiej jak potrafi - czyli ratować to co w niej cenne - a jest jeszcze parę takich rzeczy.
Nie wiemy czy nowe dzieła będą lepsze, a tego co zostanie doszczętnie zniszczone już nie odzyskamy...właściwie nawet nie wiem czy tancerki, które zejdą z point będą mogły po latach na nie wrócić? Czy dawna konserwatywna ale wierna publiczność odzyska stracony szacunek do tej instytucji? Wspaniale jeśli Pan Weiss ma dobry pomysł na coś własnego co będzie firmowane jego nazwiskiem. Opera i sztuka (nawet ta która nam się nie podoba) jest jednak czymś publicznym - czy w takim ujęciu niszczenie tego, nawet nie najpiękniejszego, nawet " śmiesznego" baletu, by robić coś własnego nie jest bezprawiem? Czy gdyby polecono mi konserwacje zniszczonego dzieła np. Rembrandta miałabym prawo zamalować go jakimś "Czarnym kwadratem na białym tle"? Czyż nie powinnam sobie znaleźć własnego płótna?
Jeśli przyjdzie do mnie pacjent w podeszłym wieku, nie odmówię mu leczenia dlatego, że jego czas już powoli mija, że nie wszystkie organy mogę dobrze wyleczyć, czy dlatego,że teraz jest czas pięknych i młodych. Całym sercem i wiedzą zrobie co w mojej mocy, bo ten człowiek MA GDZIEŚ SWOJE MIEJSCE. Tak jak ten balet - który, uważacie za dogasający, czy podłamany (nie wiem czy taki jest, Scarpio?) ma swoje miejsce w Operze i tam powinni go bronić! Taniec współczesny czy teatr tańca obroni się sam, bo może rzeczywiście teraz jest jego czas. Tak jak młodość, która broni się sama bo ma siłę i jest na nią moda.
To właśnie nie-idealny, słabiutki, balet potrzebuje stworzenia mu odpowiednich warunków w państwowej instytucji, dofinansowania i doglądania. Tak jak zagrożone gatunki potrzebują rezerwatu. Potrzebuje on też, przede wszystkim serca, bo jeśli będą tacy którzy chcą i umieją go dobrze tańczyć (a chyba jeszcze są tacy, prawda?) i tacy którzy chcą ich starania oglądać (o tych tym bardziej nie muszę pytać) to nawet na małej, lokalnej scenie nie będzie to parodia... a to, że zauważymy, że czyjeś fouette nie jest idealne, tylko potwierdzi, że duch klasyki jeszcze nie zginął.
Ot, tyle mam Wam dziś do powiedzenia.
Właśnie tyle różnych myśli przewija się przez młodą, dopiero odkrywającą, mam nadzieję, że nie-umierający-balet i szukającą prawdziwych odpowiedzi i jakiegoś wytłumaczenia na to co widzi M.
Nie zaprzestaje prób znalezienia wiary w sensowność zmian w gdańskiej POB, ale zdają się one być coraz bardziej śmieszne.
Pozdrawiam tych co przebrnęli przez cały tekst.